Ks. Gąsior: Podczas kolędy słyszę niezwykłe historie

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banaś
Maria Mazurek

Ks. Gąsior: Podczas kolędy słyszę niezwykłe historie

Maria Mazurek

Styczeń to czas wizyt duszpasterskich. Czym częstują kapłanów parafianie, czy „koperty” są konieczne i co słyszą od księdza ludzie żyjący w niesakramentalnych związkach? - opowiada ks. Piotr Gąsior z Zagórza.

Pyszna babka drożdżowa.

Jest tu, w Zagórzu, jedna pani, która przynosi nam na plebanię swoje wypieki. Tak po prostu, żeby się podzielić. Tacy życzliwi są tu ludzie. Na wsi jest zupełnie inaczej niż w mieście. Nie ma tej anonimowości, do której służąc tyle lat w Krakowie, zdążyłem się już przyzwyczaić.

Właśnie. Ksiądz ma doktorat, służył w Rzymie, w Krakowie, w Rabce. Czy to zesłanie na wiejską parafię pod Chrzanowem…

… nie jest degradacją? O to samo, podczas wizyty duszpasterskiej, zapytała mnie ostatnio pewna młoda parafianka.

I jak jej ksiądz odpowiedział?

Kolejnym pytaniem. Czy wartość człowieka zależy od tego, na jakim siedzi krześle, czy od tego, co ma w sercu? Staram się dać jasny przekaz swoim nowym parafianom: jesteście dla mnie tak samo ważni, jak wierni, których poznałem w dużych miastach. A może i bliżsi - bo otwarci na Kościół, na Boga, życzliwi, religijni.

Tu ludzie są bardziej tradycyjni, życzliwsi, prostolinijni - w takim dobrym tego słowa znaczeniu

To jest jeden z plusów tak zwanego chodzenia po kolędzie - po pół roku posługi w nowym miejscu mam okazję przywitać się z każdym parafianinem, przedstawić, porozmawiać. Ten zwyczaj wynika zresztą z prawa kanonicznego, które nakłada na kapłanów obowiązek poznania parafian.

A jednak Polska jest jednym z nielicznych miejsc, gdzie księża chodzą po kolędzie.

Bo ten obowiązek może być realizowany na różne sposoby. We Włoszech na przykład ksiądz jest zapraszany na uroczystość pobłogosławienia domu. Ja jednak lubię ten polski zwyczaj chodzenia po kolędzie. Choć to obowiązek, wbrew pozorom, niełatwy. Te kilka pierwszych tygodni stycznia jest dla kapłanów chyba najtrudniejszym okresem w roku. Dziś wychodzę z wizytami duszpasterskimi dopiero o 15, wrócę pewnie koło 22.

A można pewnie i szukać plusów. Jakie ksiądz widzi?

Przestajemy być dla siebie anonimowi. Tworzy się więź między parafianami a księdzem. Wizyty duszpasterskie likwidują bariery, sprawiają, że parafianie przestają się bać podchodzić do proboszcza. Często to okazja, żeby zadać księdzu jakieś ważne pytanie. Bywa, że coś trapi dzieci i młodzież.
Czasem wątpliwości mają pary żyjące w niesakramentalnych związkach. Zdarzały się sytuacje, że odwiedzałem osoby żyjące ze sobą od wielu lat, z których powiedzmy jedna była po rozwodzie, ale były współmałżonek już nie żyje. Takie osoby nie wiedziały, że oznacza to, że nie ma już bariery, by się pobrały. Chodziły do kościoła, modliły się, ale nie przyjmowały komunii świętej. I jak im mówiłem, że to może się zmienić, oczy szeroko im się otwierały ze zdumienia.

A jeśli w przypadku tych par „bariery” dalej istnieją? Rozwodnik nie może wziąć ślubu, bo była żona żyje? Co wtedy ksiądz im mówi?

Rozmawiam z nimi, pokazuję różne możliwości, łącznie z życiem w tzw. białym małżeństwie. Staram się przekazać, że najważniejsze, aby nie traciły wiary, nie odsuwały się od Kościoła, nie zaniedbywały modlitwy. Bóg takich osób wcale nie przekreśla, więc tym bardziej nie ma prawa robić tego ksiądz. Ważne tylko, żeby takie osoby były otwarte, mówiły prawdę, a nie wymyślały historie albo zamykały się w sobie.

Często osoby żyjące w konkubinatach przyjmują wizyty duszpasterskie?

Dość często.

A osoby żyjące w związkach homoseksualnych?

Ja nie spotkałem się z taką sytuacją.

A jakby się ksiądz spotkał?

Chętnie porozmawiałbym z tymi ludźmi, podziękowałbym im za to, że mnie przyjęli. Ale obowiązkiem księdza jest również przedstawić stanowisko Kościoła i pouczyć. W wizytach duszpasterskich nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę było miło.

Jak ksiądz myśli - dlaczego takie osoby nie chcą przyjmować kapłana?

Nie wiem. Pewnie doskonale znają stanowisko Kościoła i nie chcą po raz kolejny go słyszeć. Same czują się z tym źle.


W mojej parafii na księdza naprawdę się czeka: dzieci wyglądają przez okno, a dorośli wychodzą po księdza przed dom

Ile zwykle trwa przeciętna wizyta duszpasterska?

Kilka do kilkunastu minut.

Ale są przypadki - jak te, o których powiedzieliśmy sobie przed chwilą - że parafianie potrzebują dłuższej rozmowy z księdzem. Mają pytania i wątpliwości, których nie da się rozwiać w pięć minut.

Zgadza się. Podobnie jest w przypadku ludzi niewierzących czy wątpiących, którzy chcą zadać trudne pytania, na które nie da się odpowiedzieć w dwóch zdaniach. Wtedy umawiam się z takimi ludźmi na indywidualne spotkanie w innym terminie.

Mówiąc o wizytach duszpasterskich, ciężko nie poruszyć tematu tak zwanych kopert…

Wie pani, że dawniej ofiara nie była pieniężna? Zamiast tego ludzie oferowali księdzu jakieś dobra: jajka, kurczaki i tak dalej. W ogóle kolędowanie nieco się zmieniło; niegdyś razem z księdzem i ministrantami szli kościelni, organiści, grabarz… Cała ferajna. Dziś zazwyczaj jest to tylko ksiądz i dwóch ministrantów, którzy po wspólnej modlitwie i pobłogosławieniu domu wychodzą z niego.

I co robią w międzyczasie?

W dzisiejszych czasach, niestety, głównie patrzą w komórki… Powracając do ofiar pieniężnych, chcę podkreślić, że nie są one w wizytach duszpasterskich ani najważniejsze, ani nie są ich warunkiem. Nikt nie mówi, ile w kopercie ma się znajdować pieniędzy ani że te koperty w ogóle są konieczne. Naprawdę znacznie ważniejsze jest spotkanie z drugim człowiekiem.

Zapytałam o to, bo niektórzy uważają, że wizyty duszpasterskie są tylko po to, by „ksiądz zarobił”.

Tak uważają jedynie ludzie, dla których całe bycie w Kościele sprowadza się do formalizmów. Tymczasem często odwiedzałem rodziny, które mówiły wprost: „Cieszymy się, że ksiądz tu jest, ale niestety, w tym roku nie mamy możliwości, żeby zostawić ofiarę”. I proszę mi wierzyć, że dla księdza dużo cenniejsze jest to, że czuje się wyczekiwanym i miłym gościem niż to, czy i ile pieniędzy znajdzie w kopercie.

Bywa, że podczas wizyt duszpasterskich spotyka się ksiądz z biedą?

Tak. Wtedy zostawiam takiej rodzinie pieniądze.

W takim sensie, że ksiądz nie przyjmuje ofiary?

Nie, również w takim, że zostawiam dodatkowe pieniądze w tym domu. Czasem też po wizytach organizuję pomoc dla takiej rodziny, na przykład zgłaszam ją do parafialnej grupy charytatywnej.

Ksiądz powiedział, że ważniejsze od koperty jest to, czy kapłan czuje się w rodzinie mile widziany. Czy zatem zdarza się, że podczas kolędy czuje się ksiądz jak intruz?

Zdarza się. Bywało w przeszłości, że jeszcze w trakcie wychodzenia z czyjegoś mieszkania słyszałem na klatce schodowej komentarz: no, nareszcie. To oczywiście skrajność, ale to, czy rodzina cieszy się z wizyty księdza, widać praktycznie od razu po tym, jak wejdzie się do czyjegoś domu.

Po czym?

Po mowie ciała, gestach, mimice, po skrępowaniu, atmosferze niepokoju, próbach zagadania lub - wręcz przeciwnie - po kłopotliwym milczeniu. To są może subtelności nie do wyczucia przez młodego księdza, ale zapewniam - po 26 latach kapłaństwa takie rzeczy się wyczuwa.

I tak powstał mój prywatny pamiętnik małych cudów. To uświadomiło mi, że wyjątkowe działania Boga są widoczne niemal na każdej ulicy, choć normalnie o nich nie słyszymy.

To po co takie osoby w ogóle księży przyjmują? Nie prościej po prostu nie otworzyć drzwi?

Czasem takie rodziny są po prostu przyzwyczajone, że „księdza po kolędzie się przyjmuje”. Czasem w ten sposób chcą zrobić przyjemność babci czy dziadkowi. Pewnie bywa, że boją się co pomyślą sąsiedzi. Albo mają dziecko, które w przyszłym roku idzie do komunii, nie chcą więc „robić sobie problemów”. Choć przecież to, czy rodzice przyjmą wizytę duszpasterską, nie rzutuje w żaden sposób na to, czy dziecko zostanie dopuszczone do sakramentów. Muszę jednak dodać, że na przestrzeni tych dwudziestu sześciu lat mojej posługi odsetek rodzin, które niechętnie przyjmują wizytę, znacznie się zmniejszył. Coraz mniej jest takiego udawania.

Natomiast pewnie zwiększył się odsetek tych, którzy księdza w ogóle nie przyjmują?

Szczególnie w miastach. Tu, w Zagórzu, księdza przyjmują prawie wszyscy. Ale gdy służyłem w Krakowie, zdarzało się, że w bloku, w którym jest szesnaście mieszkań, przyjmowano mnie tylko w czterech, pięciu. Czasem proporcje były odwrócone, ale jednak widać, że w mieście - a szczególnie w nowych parafiach, na nowych osiedlach - wielu ludzi nie czuje więzi ze swoją parafią.

Pewnie dlatego, że to poczucie więzi parafialnej trudno stworzyć, gdy jeden blok na osiedlu podlega jednej parafii, a sąsiedni już innej. Poza tym w mieście ludzie mają więcej możliwości - i społeczności, z którymi mogą się identyfikować.

Tak. Dlatego wcale nie traktuję przeprowadzki na wieś jako czegoś gorszego. Tu ludzie są bardziej tradycyjni, życzliwsi, prostolinijni - w takim dobrym tego słowa znaczeniu. Widać, że na księdza naprawdę się czeka: dzieci wyglądają przez okno, a dorośli wychodzą po księdza przed dom. Piękny zwyczaj - podobny był w Rabce. Czuje się wtedy, że jest się oczekiwanym. Zdarzyło się również, że rodzina, mieszkająca w oddaleniu od innych domów, ustawiła lampiony wskazujące drogę do siebie.

Czym jeszcze różni się kolędowanie na wsi od tego w mieście?

Przede wszystkim logistyką. Inaczej chodzi się od mieszkania do mieszkania, od bloku do bloku, a inaczej - między domami. Szczególnie, jeśli teren jest górzysty - wizyty duszpasterskie w Rabce były sporym wyzwaniem kondycyjnym. Kolędowanie na wsi i w mieście różni się również długością - w miastach księża odwiedzają domy praktycznie tylko po południu i wieczorem, bo ludzie pracują, często w korporacjach, i nie mogą „urwać się” wcześniej, a potem muszą jeszcze odebrać dzieci z przedszkola, ze szkoły.

Na wsi odwiedzamy parafian czasem przez cały dzień, bo praktycznie zawsze ktoś jest w domu. Tu ludzie również częściej biorą wolne specjalnie po to, by ugościć księdza. To oczywiście zależy od tego, na ile wcześniej parafianie wiedzą o planowanej wizycie duszpasterskiej - dlatego staram się tworzyć grafik wizyt duszpasterskich już w adwencie. Tu, podobnie jak w Rabce, ludzie mają zwyczaj zgłaszać wcześniej, jeśli zapowiadany termin wizyty im nie odpowiada, bo na przykład zaraz po świętach wyjeżdżają za granicę. Przychodzą i pytają, czy mógłbym odwiedzić ich rodzinę wcześniej, że chętnie po mnie podjadą.

Czy zdarza się, że podejmują księdza obiadem?

O, tak. Parafianie wiedzą wcześniej, kiedy mniej więcej wypadnie połowa kolędy i umawiają się między sobą, kto ugotuje dla księdza obiad.

I korzysta ksiądz z tego poczęstunku?

Pod jednym warunkiem: że będą jedli wszyscy. Bo przecież głupio, żeby ksiądz zajmował się jedzeniem, a domownicy siedzieli i patrzyli.

Jakie to potrawy?

Pewnie takie, jakie je się w tych domach na co dzień. Zupa, kawałek mięsa na drugie danie.

Kawę, herbatę ludzie zwyczajowo proponują?

Prawie zawsze. Co nie znaczy, że zawsze z tej propozycji jestem w stanie skorzystać. Bo ileż kawy można wypić? Poza tym - z doświadczenia wiem, że lepiej nie urządzać długich posiadówek. Czas ucieka, inni parafianie czekają, ministranci czekają…

... a na zewnątrz, przynajmniej w ostatnich dniach, bywa po kilkanaście stopni na minusie…

Tu nawet było minus dwadzieścia pięć. Nazwałem to duszpasterstwem ekstremalnym.

A czy zdarza się, że podczas tych kolęd spotyka się ksiądz z takimi ludźmi i z takimi historiami, które księdza osobiście poruszają, uderzają, które są - pytając wprost - cudami?

Super, że pani o to pyta. Bo kiedyś przeżyłem taki szczególny miesiąc wizyt duszpasterskich. Obiecałem sobie, że po każdej kolędzie będę zapisywał przynajmniej jeden przykład działania Bożego. I zapisywałem niezwykłe historie opowiedziane przez parafian: ludzie opowiadali o uzdrowieniach, o pojednaniach po latach, o tym, że praktycznie bez szwanku wyszli z groźnego wypadku. Niektórzy sięgali pamięcią jeszcze do czasów wojennych. I tak powstał mój prywatny pamiętnik małych cudów. To uświadomiło mi, że wyjątkowe działania Boga są widoczne niemal na każdej ulicy, choć normalnie o nich nie słyszymy.

I jeśli mowa o zaletach wynikających z tych wizyt duszpasterskich, to to spotkanie z drugim człowiekiem i to wsłuchanie się w jego historię jest dla księdza niezwykle cennym doświadczeniem.

Maria Mazurek

Jestem dziennikarzem i redaktorem Gazety Krakowskiej, odpowiadam za piątkowe, magazynowe wydanie Gazety Krakowskiej. Prywatnie: moją pasją jest łucznictwo konne (to znaczy to uczucie, że przeżyłam kolejne zawody, w których zazwyczaj zajmuję zresztą ostatnie miejsce). Jestem autorką czterech książek napisanych wspólnie z prof. Jerzym Vetulanim, m.in. "Neuroerotyki" i "Snu Alicji" (dla dzieci) i właścicielką najpiękniejszego na świecie konia, Prady.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.