Koperski: To był mój trening przed rejsem przez Pacyfik

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Romualda Koperskiego
Romuald Koperski

Koperski: To był mój trening przed rejsem przez Pacyfik

Romuald Koperski

Romuald Koperski opisuje swój rejs przez Atlantyk, który był treningiem przed kolejną wyprawą.

Wideo: Piotr Kubica, Dariusz Szreter

Pomysł zrodził się parę lat temu, kiedy postanowiłem przepłynąć łodzią wiosłową Ocean Spokojny. W 2013 roku podjąłem próbę przepłynięcia z Japonii do wybrzeży Stanów Zjednoczonych. Wszystko na początku bardzo dobrze szło, ale potem anomalia pogodowe sprawiły, że musiałem zrezygnować. Na środku Pacyfiku ustawił się wielki wyż. Wyże kręcą się w prawą stronę i tak samo wieją wiatry, no i ja znalazłem się nie w tych ćwiartkach, co potrzeba. Wskutek tego zaczęło mnie znosić z powrotem do wybrzeży Japonii. Biorąc pod uwagę odległość, która była wówczas do pokonania - 10 tys. mil, zespół brzegowy stwierdził, że w tamtym sezonie nie uda się już nigdzie przebić. I tak ten pomysł został zarzucony na jakiś czas, ale to nadal siedziało we mnie. Postanowiłem do tego pomysłu wrócić, ale tym razem uznałem, że nie będę tego realizował „z marszu”, tylko po szeroko rozumianym treningu na Atlantyku, w porze sztormowej, czyli w warunkach zbliżonych do tych, jakie panują na Pacyfiku.

Wypłynąłem 29 października z portu Las Galletas na Teneryfie. Płynąłem 77 dni, z czego 44 w silnym sztormie. Przebyłem ponad 3 tys. mil, czyli mniej więcej 5800 kilometrów. Ostatecznie dopłynąłem do wyspy Tobago.

Lekkie wiosłowanie

Moja łódka Pianista, jest bardzo prosta, sześciometrowa, ze sterem na sznurkach (ale bardzo grubych), bez automatycznego pilota, bez kuchni. Minimalne wyposażenie.

Podróż obfitowała w różne przygody. Ocean jest wielką potęgą. My na lądzie nie zdajemy sobie z tego sprawy, jak potrafi być nieprzewidywalny. W ciągu jednego dnia pogoda potrafiła mi się zmienić 3-4 razy: układ fal, układ wiatrów.

Temperatura wody była bardzo przyjemna. Cały czas powyżej 20 stopni, a przy Karaibach -28. Ja ją cały czas czułem, bo przecież przelewała się przez kokpit. To była też dla mnie wskazówka, kiedy znajduję się w jakimś prądzie morskim, bo wtedy automatycznie woda stawała się chłodniejsza. Czyli radość, bo jak płynę z prądem, to mam większą prędkość. Żaden wioślarz oceaniczny nigdy jeszcze nie popłynął pod wiatr i pod prąd. Ale prądy nie zawsze pomagają - są także prądy wsteczne. Nie można określić dokładnie przebiegu prądu morskiego. Mamy założenia modelowe, ale przecież planeta się kręci, pojawia się pełnia księżyca i te prądy się inaczej układają...

W każdym razie samo wiosłowanie nie wymaga żadnego fizycznego heroizmu. Kiedy jednostka nabiera rozpędu rzędu półtora do dwóch węzłów, lekkie ruchy wioseł wystarczą do utrzymania tempa.

Satelity i sól

Kontakt z lądem miałem przez telefon satelitarny - Inmarsat. Łączność dostarczyła firma NavSim z Bolesławca, specjalizująca się w prowadzeniu samotnych żeglarzy. To nie jest odpowiednik telefonu komórkowego, który sobie stoi włączony, a ja sobie z niego dzwonię, kiedy chcę. Trzeba rozłożyć antenę, skierować ją w kierunku równika, nad którym krążą satelity geostacjonarne, i nawiązać łączność. Dwa razy dziennie wysyłałem swoją pozycję. To była oznaka mojego życia, a zarazem pozycjonowanie, gdyby coś się stało, żeby było wiadomo, gdzie ostatnio byłem. Ta łączność pozwalała mi na wysyłanie i dostawanie SMS-ów. Dostawałem też komunikaty meteorologiczne. Oczywiście w większości się nie zgadzały, bo opisywały modelowe sytuacje, niemniej w jakimś zakresie były pomocne.

Miałem też system AIS, dzięki któremu inne statki mogły mnie obserwować. Potem, niestety, zawiódł - antena zardzewiała w bardzo słonym środowisku. Atlantyk jest bardzo zasolony i ta sól była takim wielkim utrudnieniem nie tylko ze względu na sprzęt techniczny, ale i moją kondycję. Po dwóch tygodniach rejsu, przebywając cały czas w wilgoci, dostałem odsiedzin. Najpierw pojawiło się zaczerwienienie, potem porobiły się brzydkie krosty, które zamieniły się w czyraki. Nie mogłem przez pewien czas siedzieć, nie mogłem spać. Na to nie ma lekarstwa, poza słodką wodą, a ją miałem w ograniczonej ilości. Bardziej do spożycia aniżeli do kurowania się, nie mówiąc już o tym, żeby się nią myć, bo to już barbarzyństwo. Teraz, kiedy jestem po tym rejsie, jak obserwuję, że ktoś myje jeden talerz odkręconym na full kranem, to dostaję ciarki. Tam każdy gram wody był na wagę złota.

W czasie rejsu woda zalała mi urządzenie odsalające, ale po osuszeniu okazało się, że odsalarka znów działa. Mając panele słoneczne, w ciągu godziny mogłem uzyskać około pięciu litrów słodkiej wody.

Życie oceanu

W oceanie panuje pozorny chaos, ale w gruncie rzeczy to olbrzymia harmonia. Zobaczyłem ocean, jakiego nie zobaczy pasażer jachtu, uczestnik regat, ktoś, kto płynie na statku. Poruszałem się bardzo wolno. Wokół mojej łodzi momentalnie stworzyło się środowisko, ławice ryb, które towarzyszyły mi przez całą podróż.

Były wśród nich przekraczające dwa metry długości koryfeny, które się żywią rybami latającymi. Te ostatnie rozwinęły ewolucyjnie umiejętność latania właśnie po to, żeby przed tamtymi uciekać. Jako pilot z podziwem obserwowałem ich doskonałe umiejętności startu i lądowania oraz przewidywania tego, co nastąpi pod wodą. Niektóre z nich uderzały o burtę mojej łodzi i wpadały, ogłuszone, do wody, stając się łatwym łupem dla koryfenów. Część wpadała do łodzi i ginęła. Kiedy rankiem wychodziłem z kokpitu, wyrzucałem je do wody. Wystarczyło, że koryfeny zobaczyły mój cień, zaczynały się kłębić, bo wiedziały, że zaraz będzie karmienie.

Sam nie łowiłem ryb, dopóki się nie okazało, że wziąłem ze sobą za mało żywności. Zabrakło mi nawet podstawowych rzeczy: herbaty, cukru, suszonych rodzynek. To wynikło z ułańskiej fantazji, takiej buty, że przecież to tylko Atlantyk, a poza tym przecież ocean każdego wyżywi. Można koszulką zbierać plankton, można łowić i smażyć ryby. Wszystko to można oczywiście, o ile ma się do tego miejsce i jest się w pozycji, która na to pozwala. Gorzej, gdy jest się w wiecznym rozkołysie i człowiek musi się zachowywać jak ośmiornica. Kiedy nawet sporządzałem jakiś posiłek, miałem do dyspozycji tylko jedną rękę. Drugą musiałem się trzymać. Czasem nie było mi łatwo nawet trafić łyżką czy widelcem do ust.

PET-a za burtę

Mało się o tym mówi, ale ludzie zaśmiecają oceany. Podczas rejsu na Pacyfiku widziałem olbrzymie ilości śmieci. Tutaj raczej obserwowałem migrujące glony, unoszone z wybrzeży Afryki ku brzegom Ameryki Południowej. Raz na horyzoncie pojawiło się koło ratunkowe. Były pływające talerze, widelce - pewnie jakiś jacht zaliczył wywrotkę. Od czasu do czasu widywałem też jakąś samotną butelkę. Sam też miałem butelki typu PET, ośmiolitrowe, z wodą, które zabrałem jako balast. Powiedziałem sobie, że będę ekologiem! Wrzucałem do nich różne śmieci i odpadki w czasie rejsu, szczelnie zakręcałem i... wyrzucałem za burtę. Gdyby ktoś mnie na tym przyłapał, pomyślałby: Co za brak poszanowania dla środowiska! A ja wiedziałem, że prądy morskie wyniosą to na piękne plaże Florydy lub piękne plaże Karaibów, a tam znajdą to ludzie, którzy te plaże sprzątają i na pewno dla środowiska jest to mniej szkodliwe, niż gdybym taki plastikowy śmietnik napełnił wodą i spuścił parę kilometrów w dół - na dno.

Dwa razy na boku

Miałem dwa poważne przypadki. Groźnie wyglądające, choć nie wydaje mi się, by moje życie było w niebezpieczeństwie. Podczas jednego sztormu nocą dostałem mocny „strzał” olbrzymiej fali z boku. Łódź się wywróciła, nabierała wody, kluzy nie nadążały z jej odprowadzaniem. Była noc, ocean bardzo ciemny, jeżeli nie ma gwiazd, nie ma księżyca, panuje całkowita czerń, nie widać horyzontu, nie ma żadnego punktu odniesienia. Prosto z wyra, na bosaka wyskoczyłem, żeby ratować łódź. Otworzyłem luki, stanąłem i... pośliznąłem się. Nie powinno się chodzić boso po łodzi, ale to był odruch. Wywróciłem się, uderzyłem w głowę, dobrze, że nie straciłem przytomności i przez kilkanaście minut opanowałem sytuację tak, że łódka zaczęła wracać do swojej pionowej pozycji.

Drugi przypadek miałem w dzień. Fala znikąd, jak mówią żeglarze, „dziewiąta fala”, nieprzewidywalna, gdzieś tam się znalazła i uderzyła. Znów się wywróciłem, ale to już był dzień, a to zupełnie inna bajka.

Moja łódka miała patent Polskiego Rejestru Statków, więc była wyposażona jak każda jednostka pływająca po oceanach. Miałem systemy ratownicze, ale przy tak małej jednostce służą one raczej uspokojeniu psychiki. Jeżeli tonie statek, trwa to wystarczająco długo, żeby można było jeszcze jakoś działać. Taka mała łódeczka pogrąża się momentalnie. W takim momencie ostatnia rzecz, o jakiej się myśli, to chwycić za radioboję albo tratwę.

Po tych wywrotkach przez kilka dni przypinałem się, wychodząc przy sztormach, ale w końcu uznawałem, że to niewygodne. Jak to ze smyczą, zawsze się o coś zaczepia. Tak samo z kapokiem: zakładałem go tylko przy bardzo konkretnych sztormach.

Osaczony w rozkołysie

Największe zagrożenie wiązało się jednak z psychiką. Jesteśmy zwierzętami lądowymi. Nie jesteśmy przygotowani do tego, żeby żyć pośród odmętów oceanu w maleńkiej łodzi. W kokpicie, gdzie mogłem się schronić - miałem 80 centymetrów szerokości, około dwóch metrów długości, żeby się wyciągnąć. Chwilami miewałem zaczątki klaustrofobii, potęgowane poczuciem osaczenia przez ocean oraz przez niepogodę. To się oczywiście nie zdarzało w piękne słoneczne dni, ale wtedy kiedy burze i opady trwały ponad tydzień. Przez cały ten czas w rozkołysie. To nie jest wesołe miasteczko, gdzie można w pewnym momencie wysiąść z karuzeli. Tu widać na monitorze przepływające statki, ale kiedy przybliży się obraz, okazuje się, że najbliższy z nich znajduje się w odległości około 160-170 mil, czyli 300 km. A statek nie porusza się przecież tak prędko jak samolot. I wtedy dociera do nas, że jesteśmy tak naprawdę sami.

W takiej sytuacji psychika musi być naprawdę odporna. Ja nie należę do nowicjuszy, jeśli chodzi o samotne wyprawy na pustynie arktyczne północnej Syberii. Tam jednak zawsze byłem na lądzie i nawet jak wokół było -70 stopni, to zawsze miałem większą szanse przetrwania.

W psychice najważniejsze jest wiara w to, co się robi. Nie należy dopuszczać do siebie żadnych negatywnych myśli. Trzeba się wprowadzać w pewien trans, stworzyć sobie wizję wygranej.

Dzisiaj wiem, czemu mi Pacyfik wtedy nie wyszedł. Kiedy na krańcach Japonii wsiadałem do łodzi, zdawałem sobie sprawę, że będę płynął ponad pół roku. Widziałem negatywy i te negatywy się zmaterializowały. Teraz już, na Wyspach Kanaryjskich, byłem zwycięzcą. Nie zmieniły tego pierwsze niepowodzenia: wybity palec, który musiałem sam sobie nastawić, pęknięty holt (zakrętka) i zalanie łodzi, to, że przez pierwszy tydzień płynąłem w odwrotnym kierunku, czyli na wschód... Miałem zupełnie inne nastawienie. Miałem huśtawki nastrojów, ale nie było takiego momentu jak na Pacyfiku, gdy po 10 dniach zastanawiałem się, co ja tutaj robię.

Nie ma przypadków, jest siła myśli

Poświęciłem ten rejs na studium psychiki człowieka. Jestem pewien, że negatywne myśli przyciągają negatywne sytuacje. I odwrotnie. Wiem, jako człowiek doświadczony życiowo, że są jakieś siły, które tym światem kierują i te siły realizują to, co my chcemy.

Nie ma przypadków w życiu żadnego człowieka. Każda sytuacja, która nas spotkała, ma jakiś początek w myśli. Podświadomość tę myśl chwyta, ale podświadomość nie jest taka mądra, żeby analizować sytuację. Podświadomość wykonuje tylko nasze polecenia. Jeśli my się ustawimy psychicznie, że wszystko jest OK - to podświadomość pracuje dla nas. Stwarza sytuacje, z których człowiek wychodzi cało. To nie są mrzonki. Zdarzały się momenty, w których siebie nie znałem. Zobaczyłem, że ja też potrafię mieć początki klaustrofobii. To było dla mnie coś nowego. Zobaczyłem, że mogę zostać osaczony. Tego też nigdy nie miałem. Ale to były sytuacje chwilowe i natychmiast wprowadzałem się w stan pozytywnego myślenia. Zasypiając wieczorem (to oczywiście nie były ośmiogodzinne okresy snu, ale takie rwane odcinki, po dwie-trzy godziny, potem poprawka na sterze, znowu trochę snu, dopóki jakaś fala nie rzuciła łodzią tak, że uderzałem głową o meble, i tak dalej) - wprowadzałem się w stan dnia jutrzejszego. Mówiłem, że ja w tej chwili chcę i żądam, żebym jutro miał dobry humor. I go miałem.

Wyspa jak marzenie

Zespół brzegowy początkowo prowadził mnie na Martynikę, która znajduje się na środku archipelagu i zasadniczo wszystkie prądy i wiatry kierują się w jej stronę. Okazało się jednak, że trochę za bardzo schodzę na południe, więc raczej powinienem płynąć na Barbados. To był koniec grudnia. Zostało mi jeszcze około trzech tygodni rejsu i wtedy podświadomość dała mi sygnał, że Barbados nie wyjdzie. Wówczas pojawiło się Tobago, najmniejsza wysepka archipelagu.

Przez całą podróż widziałem w wyobraźni port, do którego płynę. I tak właśnie wyglądał ten port na Tobago. Kiedy dopływałem do wyspy, na przywitanie wypłynęła z portu w moją stronę łódź z moimi przyjaciółmi, którzy przyjechali mnie przywitać. I ja tę łódź nawet tak sobie wyobrażałem. Siła umysłu naprawdę jest olbrzymia!

Sama wyspa też była taka, jak sobie wyobrażałem. Malutki raj na ziemi. Spotkałem ludzi uśmiechniętych, pozdrawiających się, żyjących na ogromnym luzie. Jaki kontrast w stosunku do tego, co mamy tutaj w kraju. A kiedy dowiedzieli się, że jestem z Polski, jakie padły pierwsze słowa? Lech Walesa! I do mnie też zwracali się per „Lech Walesa”, a ja nie protestowałem. Tak więc przywiozłem pozdrowienia dla pana prezydenta z wyspy Tobago, proszę przekazać je za waszym pośrednictwem.

Dwaj pianiści

Kiedy już wiedziałem, że nie wyląduję na Martynice i Barbadosie, ale na Tobago, wchodzącym w skład państwa Trynidad i Tobago, poprosiłem żonę, aby odnalazła mieszkającego tam Charlesa Brunnera. Brunner, pianista węgierskiego pochodzenia, to mój rywal z 2010 roku, kiedy ustanowił rekord Guinnessa długości koncertu fortepianowego non stop. Zagrał 101 godzin i siedem minut. Ja potem poprawiłem ten rekord o blisko dwie godziny. Charles okazał się niesamowicie fajnym facetem, szalenie pozytywnie nastawionym, mimo jakichś tam zakrętów życiowych. Otworzył szkołę muzyczną, która jest jedyna w tym państwie. I ma jedyny w Trynidadzie fortepian.

Po raz kolejny los sprawił, że spełniło się to, co sobie wymarzyłem: że popłynę na Trynidad, spotkam się z Charlesem, i że w czasie spotkania ustalimy, że nie będziemy ze sobą rywalizować, tylko razem ustanowimy rekord Guinnessa w duecie fortepianowym. Musimy tylko sprawdzić, czy taki rekord już istnieje. Jeśli tak - to zrobimy wszystko, żeby go pobić. A jeżeli go nie ma, to zawiesimy pierwszą „poprzeczkę” - 50 godzin - tak na rozgrzewkę. W duecie jest trudniej, bo jednak cały czas trzeba się słuchać nawzajem, ale myślę, że damy radę, obaj jesteśmy zaprawieni. Mamy podobne życiorysy: granie w kurortach, na statkach.

Ten temat podjął CNN. Momentalnie pojawili się na wyspie i zrobili materiał o tym, że oto jeden pianista przypłynął na łodzi Pianista do drugiego pianisty, żeby namówić go na wspólny kolejny rekord.

Nie sprecyzowaliśmy jeszcze, gdzie ten koncert wykonamy. Może w Polsce, może w połowie drogi na Wyspach Zielonego Przylądka. Ale może w Nowym Jorku albo Moskwie, obojętne gdzie. Jesienią tego roku albo na początku przyszłego.

Pacyfik raz jeszcze

To był kawał pozytywnej draki. Uważam, że każdy mężczyzna powinien w swoim życiu taką pozytywną walkę stoczyć. Niekoniecznie z oceanem. Z samym sobą. Nigdy nie jest na to za późno. Każdy ma tyle lat, ile ma w głowie.

Przede mną kolejne projekty. Jak mówiłem, ten rejs to była rozgrzewka przed powrotem na Pacyfik. Kiedy? Jeszcze nie wiem. Na razie czekam na powrót łódki z Tobago. Łódka się sprawdziła, więc nie będę jej modyfikował. To, że się przewróciła? Jachty też się przewracają. Nie zatonęła, leżała na boku. Może zaważyły moje błędy żeglarskie? Dziś pewnie bym się inaczej zachował.

Raczej nie wybiorę się na najdłuższą trasę pacyficzną, bo po prostu szkoda mi czasu. Teraz chcę napisać fajną książkę o tym rejsie. Tyle że to nie będzie - jak na ogół bywa - przepisany dziennik podróży, o tym, że w dniu czwartym były ryby, a potem był sztorm etc. Ocean jest tu jedynie przyczynkiem do przekazania tego, że cała siła sprawcza człowieka jest w każdym z nas. Wszystko jest w człowieku, tylko ludzie są jak lunatycy, nie wiedzą o swoich możliwościach.

Odlot Antkiem

Przed Pacyfikiem chcę jeszcze oblecieć Antonowem dookoła świata. Nie wiem, kiedy się to uda, bo muszę go jeszcze przepłótnić. Samolot stoi w Szczecinie, jest własnością człowieka, który chce taki lot odbyć i w całości go finansuje. Zrobił licencję pilota w wieku 70 lat i marzy mu się coś niezwykłego, więc zaproponowałem lot pożegnalny samolotu An-2, który był produkowany m.in. w Polsce na masową skalę. To będzie podróż traperska. Do danego państwa wlatujemy na normalne lotnisko, odprawiamy się, a potem lądujemy już wieczorami w terenie przygodnym, rozbijamy namioty, nocujemy przy ognisku, a następnego dnia lecimy dalej. Trasa wiedzie przez przez Afrykę, Atlantyk, Karaiby, Amerykę Południową, a potem przez Pacyfik, od wyspy do wyspy, żeby zamknąć koło gdzieś w Afryce. To będzie fajna draka samolotem, który już pod koniec lat 70. był antykiem, a co dopiero teraz. Ale nadal jest bardzo sprawny i nadaje się do niekonwencjonalnej turystyki.

Wysłuchał Dariusz Szreter

Romuald Koperski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.