Kolosalna mistyfikacja. Marcin Gienieczko pozbawiony gdyńskiej nagrody podróżników

Czytaj dalej
Fot. Fot. Karolina Misztal
Marcin Lange

Kolosalna mistyfikacja. Marcin Gienieczko pozbawiony gdyńskiej nagrody podróżników

Marcin Lange

Marcinowi Gienieczce, podróżnikowi z Kosakowa, Kapituła KOLOSÓW odebrała wyróżnienie. Uznano, że jego wyprawa nie wyglądała tak, jak ją relacjonował.

Wrzesień 2015 roku. Podróżnik Marcin Gienieczko w glorii chwały kończy swoją wyprawę po Amazonce „Solo Amazon Expedition” i trawers Ameryki Południowej od Pacyfiku do Atlantyku. Lansuje się jako ten, który jest autorem najdłuższej podróży kanoe solo. Jego wyczyn ostatecznie trafia do Księgi rekordów Guinnessa, a o wydarzeniu rozpisują się branżowe, i nie tylko, media na świecie.

Marzec 2016 roku. Podczas 18. Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów KOLOSY w Gdyni podróżnik z Kosakowa otrzymuje za swój wyczyn specjalne wyróżnienie w kategorii „Wyczyn roku”.

Grudzień 2016 roku. Marcin Gienieczko znów jest w świetle reflektorów, znów piszą o nim światowe media, ale nie jest to już dla niego powodem do dumy. Jego rekord zostaje przez Guinnessa usunięty, a kilka dni później Kapituła KOLOSÓW wydaje komunikat o odebraniu podróżnikowi wyróżnienia. Sytuacja bez precedensu w historii KOLOSÓW. Podczas wręczania nagród padło stwierdzenie, że „polscy podróżnicy dokonują rzeczy nieprawdopodobnych”. Rzeczywiście, choć w tym przypadku słowo „nieprawdopodobne” ma zgoła odmienne znaczenie.

Na pewno płynął kajakiem. I tyle

Marcin Gienieczko do wyprawy przygotowywał się od 2014 roku. W końcu, w połowie maja 2015 roku rozpoczął swoją ekspedycję. Z Pacyfiku nad Amazonkę dojechał jednak na rowerze. Przy okazji ominął też tysiąc kilometrów najtrudniejszego odcinka rzeki.

Marcin Gienieczko
Fot. Karolina Misztal Gienieczko przekazal do zbiorów muzeum w Gdańsku swoje canoe.

Do tego zaangażował przewodnika, Peruwiańczyka Gadiela Sancheza Riverę, co już pod znakiem zapytania stawiało jego ideę samotnego płynięcia Amazonką. Samotnego, czyli bez pomocy z zewnątrz, bez wsparcia w wiosłowaniu, wreszcie bez pomocy w organizacji żywności czy noclegów.

Tymczasem, z relacji peruwiańskiego przewodnika wynika, że z Gienieczką przepłynął ponad dwa tysiące kilometrów, w tym ok. 400 przez najniebezpieczniejszą, kontrolowaną przez Indian Ashaninka, strefę. Zresztą, Rivera opowiada też, że Gienieczce towarzyszył długimi etapami, płynąc obok w wynajętej przez niego łodzi. Wskazania GPS dowodzą również, że jeden, stukilometrowy odcinek wyprawy, Gienieczko pokonał w... trzy i pół godziny.

- Wątpliwości z tym związane mieliśmy już w momencie przyznawania Marcinowi Gienieczce wyróżnienia na ostatnich KOLOSACH, GPS jednoznacznie wskazywał, że kajak płynął za szybko. Wtedy jednak brakowało nam twardych dowodów, że coś było nie tak - mówi Monika Witkowska, członek rady KOLOSÓW.

Okazało się, że kajak ciągnięty był wówczas przez łódź motorową.

Ostatecznie, po interwencji Piotra Chmielińskiego, dziennikarza „Canoe i Kayak”, który w latach 80. sam przepłynął Amazonkę, i po relacji Gadiela Sancheza Rivery, Guinness rekord Gienieczki usunął. Ciekawostką jest fakt, iż Gienieczko rekord Guinnessa odebrał Helen Skelton. Brytyjka twierdziła, że Amazonkę przepłynęła w 2010 roku. I tu jednak pojawiła się „nieścisłość” - Skelton ominęła 98 proc. spadku rzeki i w rezultacie przepłynęła 3,2 tysiąca kilometrów, czyli mniej, niż połowę rzeki.

Co na to wszystko Marcin Gienieczko? Na swojej stronie internetowej twierdzi, że nieprawdą jest, jakoby odebrano mu rekord Guinnessa, gdyż takiej informacji nie otrzymał.

- Pragnę podkreślić, że od samego początku celem mojego projektu nie było przepłynięcie Amazonki, ale triathlon przez Amerykę Południową: pokonanie rowerem 690 km od miejsca plaży Leon Dormido (Pacyfik) do miejscowości San Francisco, spłynięcie w canoe od miejscowości San Francisco do Belem (5978 km) i bieg 80 km jednego dnia do zatoki Oceanu Atlantyckiego - pisze Gienieczko.

Podkreśla też, że z peruwiańskim przewodnikiem przepłynął tylko kilkaset kilometrów, a nie, jak przekonuje Gadiel Sanchez Rivera, dwa tysiące więcej.

„Jeżeli ja mam być honorowy i oddać certyfikat Guinnessa do Londynu, tak samo kapituła festiwalu Kolosy powinna być honorowa i podać się do dymisji mając na uwadze swoje uchybienia i nierzetelną ocenę, a przede wszystkim widzów i głównego sponsora, czyli Urząd Miasta Gdyni. Tyle że nikt nie odebrał mi rekordu, a w Kapitule Kolosy są nieprawidłowości” - pisze też Marcin Gienieczko.

Ostracyzm środowiska podróżniczego

- Jesteśmy, jako podróżnicy, zbulwersowani jego zachowaniem i tym, że w imię jakiegoś lansu nagina rzeczywistość. Jest nam po prostu wstyd, że ktoś taki funkcjonuje w naszym środowisku i przez to jesteśmy negatywnie odbierani - mówi Monika Witkowska.

Postanowiliśmy znaleźć kogoś, kto stanąłby w obronie Marcina Gienieczki. Dzwonimy do jednego ze znanych podróżników.

- Ja mam coś pozytywnego powiedzieć o tym panu? Poważnie? Zły adres, dla mnie on jest skończony - mówi nasz rozmówca.

Drugi wypowiada się w podobnym tonie. Trzeci - też. Kolejny również.

- Ja ci wytłumaczę, o co z „Gienią”, bo tak na niego mówi się w środowisku, chodzi. Dotychczas wszyscy traktowali go z przymrużeniem oka, jak niegroźnego mitomana - mówi podróżnik Robert Maciąg. - Nagle jednak zrobiło się poruszenie, bo okazał się niebezpieczny. Ludzie zaczęli tracić sponsorów. Zraził jednego sponsora, drugiego, poszła fama, szkodliwa dla środowiska. Wiesz, jak to jest. No i ludzie postanowili go zdemaskować. Uwierz mi, my naprawdę wchodzimy na góry, pływamy kajakami, jeździmy rowerami itd. A przez „Gienię” ludzie z zewnątrz zaczęli na nas patrzeć podejrzliwie - dodaje Robert Maciąg, który na swojej stronie internetowej ma osobny wpis poświęcony Marcinowi Gienieczce.

Odnosi się on do reportażu Marcina Gienieczki z jego przejazdu rowerowego przez Pamir w 2008 roku. I w opisie zamieszczonym na swojej stronie internetowej, który został już wykasowany, oraz w reportażu opublikowanym w dwumiesięczniku „Extremium” w 2008 roku, Gienieczko czerpał fragmenty z „Imperium” Ryszarda Kapuścińskiego - po kosmetycznych zmianach - jako swoje.

- Czy to plagiat, nie wiem. Niesmak jednak jest - mówi Maciąg.

Marcin Lange

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.