Kolorowa czapka po Johannie

Czytaj dalej
Barbara Szczepuła

Kolorowa czapka po Johannie

Barbara Szczepuła

Michał, mój kolega z domu dziecka, do tej pory nie wie, czy urodził się w rodzinie polskiej, czy w niemieckiej - mówi Jan Trofimowicz

Stale byli głodni. Na kolację można było zjeść nawet siedem kromek chleba, ale plasterek wędliny był tylko jeden. Jak pięknie pachniał! Czasem dostawali kawałek pasztetu, smalec ze skwarkami albo marmoladę z buraków. To było święto. - Jedzenie popijało się kawą zbożową zabieloną mlekiem w proszku z UNRR-y - wspomina Jan Trofimowicz. Siedzimy w jego mieszkaniu w Ełganowie, witamy się z córką Jana Madzią i synem, też Janem, który przyjechał z Lini. Jan-senior opowiada o tym, jak starsi chłopcy zakradali się nocą do magazynu żywności i wynosili stamtąd co się dało, a my słuchając też robimy się głodni, więc kotlety schabowe, które usmażyła Madzia, smakują znakomicie.

Michał Christian, kolega Trofimowicza z sierocińców w Miszkowicach i Pieszycach na Dolnym Śląsku opisuje, jak któregoś dnia idąc do szkoły gwizdnął z wozu intendenta świeżutki bochenek chleba. Sięgał co chwila za pazuchę i skubał ciepłą, chrupiącą skórkę rozmyślając, czy zgrzeszył. Za bardzo jednak grzechami się nie przejmował, bo był ateistą. Zawdzięczał to wychowawczyni, pani Geni, której był pupilkiem. Stale powtarzała, że Boga nie ma, a on ją bardzo kochał i wierzył bezgranicznie.

Nie zdążył wtedy zjeść całego bochenka, owinął go w kawałek starej gazety, która leżała przy drodze i ukrył pod mostkiem. Podczas lekcji niepokoił się, czy nie wywąchają go wiejskie kundle, ale gdy wracając do domu dziecka zajrzał do kryjówki, chleb leżał w tym samym miejscu. Szybko rozwinął papier i aż krzyknął ze zgrozy. W chlebie kłębiły się mrówki.

Michał Christian od wielu lat szuka jakiegoś śladu, znaku, nie wie, czy urodził się w polskiej, czy w niemieckiej rodzinie i to go niepokoi, bo Niemców nie znosi. Gdyby nie wojna, pewnie wychowałby się w rodzinnym domu jak wszystkie dzieci. Podejrzewa, że Christian to nie nazwisko, lecz imię. Życiorys musiał wymyślić sobie sam, imiona rodziców, nazwisko panieńskie matki, datę urodzenia et cetera.

A skąd wziął się w domu dziecka na Dolnym Śląsku Jan Trofimowicz?

Najpierw zmarła mama, a zaraz potem wojna się skończyła. Płacz po stracie mamy był większy niż radość z zakończenia wojny. Wojna była zresztą daleko od Klukowic, a mama blisko, właziło się na jej kolana i przytulało z całej siły. W małej izdebce z klepiskiem zamiast podłogi i małym okienkiem, przez które wpadało trochę światła, musiało zmieścić się czworo dorosłych już dzieci taty z pierwszego małżeństwa i troje maluchów: siedmioletni Jasio, sześcioletni Edzio i najmłodszy Józio. Jak teraz żyć bez mamy? Tato był całkowicie bezradny.

Starszy przyrodni brat Heniek ruszył na Ziemie Odzyskane szukać swego miejsca w życiu, ludzie gadali, że tam domy poniemieckie puste stoją, i pracę można znaleźć. Dotarł do Wrocławia, w wojsku się zahaczył i pisał do sióstr: przyjeżdżajcie. Pojechała Zosia, dostała pracę salowej w szpitalu i pokoik w mieście. Zabrała do siebie Jasia i Edka, a Poldek, który ożenił się i w sąsiednich Milejczycach dobrze się urządził, bo wstąpił do Milicji Obywatelskiej zajął się najmłodszym Józiem.

Zosia nie radziła sobie z dziećmi i z pracą, zresztą wyszła za mąż za wojskowego, który wkrótce stracił wzrok „na rozminowywaniu”. Oddała Jasia i Edzia do domu dziecka Jutrzenka w miejscowości Bardo Śląskie. Siostry zakonne, które dom prowadziły, nie umiały zapanować nad młodzieżą, zdemoralizowaną wojną, dziką, czasami okrutną. Nastolatki mieszkały razem z maluchami, dom był przepełniony, bo sierot polskich i niemieckich było mnóstwo.

- Zosiu, zabierz nas - błagali Janio i Edzio trzymając siostrę za spódnicę, gdy przyjechała w odwiedziny. - Biją nas, butami rzucają i cieszą się, gdy trafią w głowę…

Kolorowa czapka po Johannie
Archiwum rodzinne Bracia Janek i Edek podczas wakacji w 1955 roku

Państwowy Dom Dziecka im. Karola Świerczewskiego był nieduży, więc chłopcy lepiej się czuli. Zaczęli chodzić do szkoły. Na zmianę, bo mieli jedną parę butów. Swetrów, czapek ani rękawiczek nie posiadali w ogóle, kulili się na mrozie zmarznięci i głodni, płakali, tęsknili… Za kim właściwie tęsknili? Za Zosią? Za tatą, który nigdy ich nie odwiedził, mimo że mieszkał teraz u Zosi we Wrocławiu? Nie, za tatą chyba nie.

***

Przerzucano ich z jednego domu dziecka do drugiego, z miasteczka do miasteczka, przez pewien czas bracia mieszkali osobno i to była prawdziwa rozpacz, jakby ucięto rękę albo nogę, Janio bez Edzia, Edzio bez Jania czuli się niekompletni, okradzeni, oszukani. Najmłodszy Józio, ten, którego wziął do siebie Poldek trafił do domu dziecka w Raciborzu i nikt nie zadał sobie trudu, by braci umieścić gdzieś razem.

Za to w Miszkowicach w Karkonoszach, gdzie spotkali się z Michałem Christianem było fajnie. Panowała rodzinna atmosfera, pan Marzec, wychowawca chodził z chłopcami na wycieczki w góry, na grzyby, popołudniami czytał im książki, o pionierach z Arteku, o tym, jak hartowała się stal i o człowieku, który się kulom nie kłaniał, a z portretu na ścianie patrzył na nich łagodnym wzrokiem Józef Stalin, ten, który kochał dzieci. Czasem strzelali do portretu z procy, wychowawcy musieli go usunąć, żeby nie zrobiła się z tego polityczna sprawa. Grali w piłkę, ale prawdziwej nie mieli, więc kopali starą skarpetkę wypchaną gałganami. Dobrą zabawą było też czepianie się wozów z sianem. Do czasu, gdy Johann spadł prosto pod koła. Patrzyli ze zgrozą, jak ze zmiażdżonej głowy wypływał różowy mózg.

Gdy nadeszła zima Michał dostał czapkę po Johannie. Piękną, kolorową, ciepłą.

Któregoś ranka starsi chłopcy rozniecili ognisko w stodole, żeby sobie upiec kartofle. Od stodoły zajęła się stajnia, a potem pałac, czyli dom dziecka. Gdy wybuchła awantura, sprawcy zaczęli namawiać syna kierownika, by się przyznał, „przecież tobie i tak nic nie zrobią”. Wreszcie postraszyli, że go utopią w rzece, więc wziął winę na siebie.

***

Państwowy Dom Dziecka w Pieszycach koło Dzierżoniowa mieścił się w ponurym budynku po Hitlerjugend. Ale obok było boisko i basen! Prawdziwe piłki, gry i zabawy na świeżym powietrzu, wycieczki, kolonie letnie, zespół muzyczny i chór, potańcówki, ludowe pieśni, ukochany kraj, umiłowany kraj…

Kolorowa czapka po Johannie
Archiwum rodzinne Dom dziecka w Pieszycach mieścił się w dawnym budynku Hitlerjugend

- Było super - wspomina Jan. - Kto chciał się uczyć - nie było przeszkód! Chłopcy szli do ogólniaków, techników, zawodówek. Zygmunt S., który miał smykałkę do radiotechniki i sam zrobił świetnie działające radyjko, poszedł do technikum radiowego w Dzierżoniowie. Jan z trzema kolegami został przyjęty do technikum samochodowego w Strzelinie. To byli sprawdzeni przyjaciele, towarzysze niedoli, Jan, Michał, Marian i Zygmunt P., który wkrótce okazał się Siegfriedem.

Rodzice braci P., bo Siegfried był w domu dziecka z bratem Mikołajem, czyli Klausem, odnaleźli się w NRD. Ojciec był tam stolarzem. Klaus chciał natychmiast jechać, Siegfried odmówił. Był wtedy w drugiej klasie technikum i chciał je skończyć, zdobyć zawód. Niemieckiego nie znał. - Na co mi jakiś stolarz z enerdówka? - mówił. - Dlaczego pogubił dzieci i co robił podczas wojny? A może to jakiś esesman z Auschwitz? Tak, tego bali się najbardziej, że jak się rodzice odnajdą, to okaże się, że ojciec był esesmanem albo gestapowcem. Był taki przypadek. Heniek jechał do RFN zdenerwowany, przestraszony, ale jednak pojechał. Jak ojciec mu się wytłumaczył z tego, co robił podczas wojny?

Odnaleziony ojciec Dietera z kolei okazał się pułkownikiem nowo powstałej Bundeswehry. - O kurczę - mówił Michał do Dietera - dopiero co Niemiaszki dostały w dupę, a już mają Bundeswehrę! I co dalej Dieter? Będziesz służył w tej Bundeswehrze i jeśli będzie wojna strzelisz do mnie? Nie strzelę! - przyrzekał Dieter.

***

Małemu A. urzędniczka z PCK powiedziała, że matka urodziła go w burdelu. Nie wiedział, co to znaczy, ale koledzy zaraz go uświadomili, wiec z jednej strony się cieszył, że znalazł mamę, z drugiej - martwił.

Michał Christian przypuszcza, że A. urodził się w ośrodku Lebensborn. Kobiety uznane za czyste rasowo uprawiały tam seks z nieznanymi im, ale równie czystymi rasowo Niemcami, często oficerami. Urodzone z takiego związku dzieci oddawano do rodzin zastępczych.

Ale matka A., gdy już go odnalazła, opowiedziała mu, że przed wojną mieszkała z jego ojcem pod Opolem. Mieli sklep i gospodarstwo rolne. Ojciec zginął pod Stalingradem. Taką wersję przekazał A. (na drugie imię miał Adolf) swojej dawnej wychowawczyni z domu dziecka w Pieszycach, gdy przyjechał z Niemiec w odwiedziny. Był ślicznym chłopcem, wysokim zgrabnym, tyle że wcale nie typem nordyckim. Oczy i włosy miał ciemne.

Jan Trofimowicz wyciąga zdjęcia i opowiada o innym koledze, nazywał się Johann Blum i był Żydem. Dobrze grał w piłkę ręczną i często stał na bramce. Nie odnalazł wprawdzie rodziców, ale wziął go do siebie gospodarz, który mieszkał nieopodal domu dziecka. Potem z rodziną tego gospodarza Johann wyemigrował do Izraela. Jan widział ich, jak ładują dobytek na przyczepę traktora i odjeżdżają na zawsze.

Kolorowa czapka po Johannie
Archiwum rodzinne Zosia i Henryk (stoją), Janek i Edek siedzą

***

Zbliżał się wyjazd do technikum, a Michał Christian nie miał się w co ubrać. Poprosił o pomoc kierownika. Wychowawcy też nie mieli ubrań, przeważnie chodzili w starych mundurach, ale kierownik pożyczył mu swoje cywilne spodnie. Czarne, od garnituru. Oczywiście za duże, trzeba je było mocno ściągnąć paskiem. Michał zaraz wybiegł na podwórko pokazać się kolegom. Wymacał małą kieszonkę przy pasku i znalazł prezerwatywę. Nadmuchał ją i zaczął z kolegami grać w siatkówkę. Prezerwatywa pękła, co wywołało salwę śmiechu i wtedy chłopcy zauważyli, że czerwony ze złości kierownik stoi przed budynkiem.

Technikum Samochodowe w Strzelinie było dobrą szkołą, niektórych przedmiotów uczyli wykładowcy z uczelni wrocławskich. Mundurki, porządek i dyscyplina. Przyjemnie było patrzeć, jak uczniowie szli przez miasto w pochodzie pierwszomajowym. Na niedzielę chłopcy z domu dziecka wracali do Pieszyc. Innego domu przecież nie mieli. Niektórzy ukradkiem biegli do kościoła, inni słuchali pogadanek kierownika o szkodliwości religii, otumanianiu ludzi, o średniowiecznych przesądach i pazerności księży. Religia to opium dla mas - powtarzał.

***

Po maturze Michał zaczął studiować na politechnice w Krakowie i został już tam na stałe. Jan chciał iść do Wojskowej Akademii Technicznej, ale nie złożył w porę dokumentów i skończyło się na Studium Nauczycielskim WF w Gdańsku. Obiecano mu, że jeśli zatrudni się w wiejskiej szkole otrzyma mieszkanie. Trafił po studiach do Sobowidza. Poznał tam swoją żonę Zofię, rusycystkę, razem przenieśli się do Ełganowa, gdzie Zofia została dyrektorką szkoły, a on uczył wychowania fizycznego i organizował imprezy sportowe. Nadal mieszka w budynku starej szkoły. Od kilku lat sam, bo jest wdowcem. Tu znalazł swoje miejsce, zakorzenił się. Jest poważany, ceniony za zasługi dla ziemi gdańskiej, dla rozwoju sportu szkolnego, otrzymał Złoty Krzyż Zasługi…

Kolorowa czapka po Johannie
Archiwum rodzinne Trzy pokolenia Trofimowiczów: Jan i jego syn Jasio z dziećmi. Ełganowo 2017

Myśli serdecznie o kolegach z dzieciństwa i młodości. - I o wychowawcach. - Zrobili ze mnie człowieka - mówi. - I z moich braci także. Edek mieszka w Chojnowie, Józek w Wałbrzychu. Przepracowali swoje lata, mają dzieci i wnuki. Czasem słyszę opinię, że każdy wychowanek domu dziecka to „człowiek PRL”, ale nie możemy zapominać, że uratowano tam po wojnie wiele dzieci, wyciągnięto ze strasznej biedy, wykształcono, przygotowano do samodzielnego życia. Oczywiście, nie wszyscy wychowawcy byli idealni, pamiętam takiego, który w furii kopnął chłopca w tyłek tak mocno, że ten wpadł na drzwi i wyleciał razem z nimi na korytarz.

***

A jak potoczyły się losy Zygmunta S., zdolnego matematyka, który skończył technikum radiowe? Pracował w „Diorze”, ożenił się, do odnalezionej w Berlinie matki nie chciał jechać, wreszcie dał się namówić raz i drugi na wakacje, nauczył się niemieckiego i zaczął naprawiać Niemcom radioodbiorniki i telewizory. Znakomicie zarabiał. Wreszcie przeniósł się na stałe do Berlina.

A Klaus? Też nieźle się urządził, choć mieszkał w NRD. Ożenił się z działaczką partyjną, więc należał do elity. Do dawnych wychowawców domu dziecka w Pieszycach przyjechał kiedyś z tłumaczem! Udawał, że nie zna polskiego.

Jego brat Siegfried, ten, który nie chciał jechać do ojca stolarza do NRD, skończył studia w Polsce, otworzył biznes, dobrze mu się powodziło. Jan Trofimowicz słyszał kilka lat temu, że znaleziono go zastrzelonego w hotelu w Berlinie.

barbara.szczepula@polskapress.pl

Barbara Szczepuła

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.