Kiedyś chciałam skorygować sobie nos, ale przecież mogę nim pograć

Czytaj dalej
Fot. Sylwia Dąbrowa / Polska Press
Paweł Gzyl

Kiedyś chciałam skorygować sobie nos, ale przecież mogę nim pograć

Paweł Gzyl

Krakowska aktorka Magda Wróbel opowiada o swoich rolach w „Dziewczynach ze Lwowa” i „Policjantach i policjantkach”.

Niedawno byłaś na planie drugiej serii „Dziewczyn ze Lwowa” w Przemyślu.

Spędziliśmy tam trzy dni. Przemyśl udawał Lwów. To bardzo wiarygodne miejsce, bo jest tam mnóstwo Ukraińców. Część zdjęć kręciliśmy na miejscowym targu. Kupowaliśmy tam bardzo efektywne mydła do prania - tylko za złotówkę. (śmiech) Mogliśmy też zaobserwować ukraińską modę, bo tamtejsze dziewczyny ubierają się niesamowicie. Spotkaliśmy się z prezydentem Przemyśla, kwestia Ukraińców jest bowiem dla miasta poważnym zagadnieniem. Z jednej strony przybysze ze Wschodu stanowią tanią siłę roboczą, a z drugiej są coraz większą społecznością i domagają się swoich praw.

Po tych obserwacjach Twoja bohaterka w serialu będzie teraz wyglądać jeszcze bardziej ekstrawagancko niż w pierwszej serii?

Już na początku podjęliśmy decyzję, że Polina będzie miała swój „szałowy” styl, stanowiący mieszankę elegancji i kiczu. Moja bohaterka nie wychodzi więc z domu bez pełnego makijażu i nie rozstaje się ze szpilkami. Wynikają z tego powodu różne komplikacje. Niedawno realizowaliśmy w Przemyślu scenę ucieczki przed oprychami, którzy chcą wyłudzić od nas haracz. Proszę sobie wyobrazić: zdjęcia nocne, mokra nawierzchnia bruku i 12-centymetrowe szpilki. Śmieję się, że po tym doświadczeniu powinnam wpisać w CV: „Świetnie biega na szpilkach”.

Przygotowując się do roli, poznałaś podobne do Twojej bohaterki dziewczyny z Ukrainy?

Przy pierwszej serii mieliśmy aż 14 konsultantek z Ukrainy - głównie językowych, ale również w kwestiach mody i obyczajów. Jedna z dziewczyn, która studiuje na Uniwersytecie Warszawskim, była zbulwersowana tym, jak pokazujemy Ukrainki. Tymczasem nam się wydaję, że robimy to naprawdę w łagodny sposób. Trudno więc wszystkim dogodzić. Podobnie było z językiem. Ukraińcy mają bardzo twardy i mało zrozumiały dla nas język. Dlatego na potrzebuj serialu wymyśliliśmy własny, brzmiący wschodnio, ale będący syntezą polskiego i ukraińskiego.

Wielu młodych Polaków w ostatnim czasie też poznało dolę emigrantów, wyjeżdżając na Zachód. Masz podobne doświadczenia, które pomogłyby Ci zbudować postać Poliny?

Studiowałam z dziewczyną, która przyleciała do nas z Kanady. I po pierwszym roku zaprosiła mnie do siebie. Wzięłam więc swego ówczesnego chłopaka i poleciałam do niej na 3 miesiące. Znalazłam tam pracę jako sprzątaczka, żeby zarobić na zwiedzenie Toronto, a potem Nowego Jorku. Pamiętam moje zdziwienie, że bogata rodzina, u której sprzątałam, miała perskie dywany, ale całe schowane pod folią. W ogóle nie wiedziałam, jak się zabrać za ich sprzątanie.

Trzeba było je bowiem odkurzać dookoła z uwzględnieniem folii. (śmiech) I właśnie od tych ludzi dostałam propozycję, żeby wziąć zaaranżowany ślub z bratem pani domu. Ta rodzina pochodziła z Iraku i próbowała ściągnąć do siebie resztę krewnych. Ponieważ aby pojechać z Polski do Kanady, nie trzeba mieć wizy, moja ówczesna pracodawczyni uznała pomysł za genialny i zaproponowała mi okrągłą sumkę za zaaranżowane zamążpójście. Obudził się jednak mój instynkt samozachowawczy i grzecznie podziękowałam.

Jak to się w ogóle stało, że to właśnie Ciebie wybrano do roli Poliny?

Przypadkowo. Poszłam na casting do „Rancza”. Ubiegałam się o rolę pomocy sprzątającej u Marty Lipińskiej. Miałam do zagrania scenę, w której bezrobotna kobieta, która ma dwójkę dzieci, przychodzi błagać ją o jakieś zajęcie. Mimo że casting trwał półtorej minuty, dostałam potem telefon od producenta obu seriali.

Nie odbierałam go jednak przez 3 dni, bo nie znałam tego numeru. W końcu jednak postanowiłam porozmawiać z tajemniczym natrętem. (śmiech) I wtedy okazało się, że nie dostałam roli w „Ranczu”, ale w „Dziewczynach ze Lwowa”. Pamiętam, że odebrałam telefon, idąc przez Błonia, a kiedy zrozumiałam, że wyróżnił mnie ważny człowiek z telewizji, poczułam, jakbym unosiła się 10 centymetrów nad ziemią.

Magda Wróbel jako Polina w „Dziewczynach ze Lwowa”
Sylwia Dąbrowa / Polska Press Magda Wróbel jako Polina w „Dziewczynach ze Lwowa”

Trudno było Ci się odnaleźć w roli Poliny?

(śmiech) Przecież ta rola jest napisana dla mnie. Dlatego uwielbiam ją. Mało tego: część wątków z drugiej serii, to są historie z mojego życia. Choćby prowadzenie prywatnego biznesu. Po studiach założyłam w Warszawie małą gastronomię. Smażyliśmy owoce i warzywa w cieście na placu Konstytucji w lokalu wynajętym od miasta. Naczytałam się wtedy o prywatnych firmach, marzyłam więc o własnym biznesie, zatrudnianiu ludzi i o swoich pieniądzach. Wydawało mi się, że wtedy nie będę musiała brać udziału w komercyjnych projektach, tylko zajmę się wielką sztuką.

Rozczarowało Cię to, że zamiast po szkole grać Szekspira, występujesz w telewizyjnych serialach?

Życie bywa przewrotne. Pamiętam, że jeszcze na studiach w Łodzi zostałam zaproszona do Warszawy na casting do serialu „Anna German”. Byłam brana pod uwagę do jednej z ról. I na tym castingu rozpłakałam się i powiedziałam, że absolutnie nie pójdę do telewizji. (śmiech)

Jakoś musiałaś sobie z tym poradzić, bo teraz poza „Dziewczynami ze Lwowa” grasz przecież również w „Policjantach i policjantkach”.

Oglądalność „Policjantów” wynosi blisko 2 mln widzów, a pierwszy sezon „Dziewczyn” zobaczyło prawie 4 mln. Robię więc teraz projekty chętnie oglądane przez Polaków. Rynek zweryfikował moje plany i marzenia. Ale myślę, że to normalny proces dojrzewania i dorastania.

„Policjanci i policjantki” to specyficzna formuła telewizyjna: paradokument. Jak się w niej odnajdujesz?

Łatwiej mi jest robić Polinę w „Dziewczynach ze Lwowa”, bo tam jest dla mnie klarowne zadanie. Wojtek Adamczyk jest dobrym reżyserem, daje mi więc jasne wytyczne, co i jak mam grać. Mam więc kogoś, kto mnie kontroluje. Natomiast w „Policjantach” jest pięciu reżyserów, pracujemy dzień w dzień od 6 rano do 6 wieczorem. Ten serial leci w Czwórce aż 5 razy w tygodniu. Jest to więc niemal codzienna praca. Do tego gramy z ludźmi z ulicy, którzy mają kłopoty z tekstem, często kręcimy w skrajnych warunkach, na mrozie lub w upale. Ale to się ogląda!

Myślę, że aktorstwo to rodzaj powołania. Ten zawód jest bowiem bardzo trudny.

Dzięki temu serialowi stałaś się pewnie powszechnie rozpoznawalna.

Niedawno byłam z mamą w Zakopanem i kupowałam klapki. I widzę, że góral, który mi je sprzedaje, rozpoznaje mnie, ale nie wie skąd. Mówi więc: „Czy pani w zeszłym sezonie sprzedawała tu kukurydzę?” (śmiech) „Blisko, ale nie to” - odpowiedziałam. Prawdziwym zaskoczeniem był dla mnie jednak dopiero kolejny góral, który minął mnie na bryczce, kiedy szłam po leśnej ścieżce w ciemnych okularach i krótkich spodenkach, krzycząc: „Policjanci i policjantki, Alicja!”. Naprawdę się nie spodziewałam takiej serdeczności i zainteresowania.

A co z Twoją karierą teatralną?

W trzeciej klasie liceum dostałam się na staż do krakowskiego Teatru KTO. Pamiętam, że robiliśmy wielki happening na wejście Polski do Unii Europejskiej i występowaliśmy podczas Festiwalu Pierogów. Praktykowałam więc szczudlarstwo i plucie ogniem. Żeby się tym zajmować, trzeba to jednak kochać. Bo to po prostu trochę niebezpieczne. Może dlatego nie bardzo się sprawdziłam w formie teatru ulicznego. Stąd potem wstąpiłam do Teatru Profilaktycznego im. Marka Kotańskiego. Tam zainteresowałam się społecznymi sprawami.

No właśnie: masz w dorobku monodram o ciekawym tytule - „Biedna, ale sexy”.

To był mój pierwszy projekt po szkole. Jego bohaterką była nastolatka, która próbuje wyjść z biedy, sprzedając gazety z własnym wizerunkiem. Robiłam to naprawdę na warszawskiej Pradze, a kamera stała w krzakach - i ludzie w to uwierzyli. Teraz przygotowuję podobny projekt - tym razem o photoshopie. Bo wszyscy dzisiaj na potęgę obrabiają swoje zdjęcia w internecie.

Może dlatego, że jak niedawno gdzieś przeczytałam, to właśnie w Polsce dziewczynki są najbardziej zakompleksione pod względem tuszy. Sama jako nastolatka miałam ze sobą podobne kłopoty. Przerabiałam to więc na wiele sposobów.

Szkoła aktorska była w tym kontekście sposobem na walkę z tymi kompleksami?

Może? Zaczęło się od tego, że mama zapisała mnie do Krowoderskiego Domu Kultury, bo miałam... problemy z czytaniem. Byłam zakompleksioną dziewczynką, która bała się wystąpień publicznych. Te dodatkowe zajęcia miały mi pomóc nauczyć się czytać na głos. I okazało się, że jestem w tym dobra. Zaczęłam wygrywać konkursy recytatorskie, wydawało mi się zatem, że powinnam iść dalej w tym kierunku.

Dzisiaj jednak myślę, że aktorstwo to rodzaj powołania. Ten zawód jest bowiem bardzo trudny. Trzeba brać udział w 100 castingach rocznie, a nigdy się wszystkich nie wygra. Często wręcz nie wygrywa się żadnego. Pojawia się więc regularne odrzucenie i regularna walka o zaistnienie.

Bardzo Cię zmieniło aktorstwo?

Aktorstwo to nie psychoterapia. Ale pozwala siebie zaakceptować. Ja zawsze nie lubiłam swojego nosa - i w pewnym momencie wpadłam na pomysł, aby go sobie chirurgicznie skorygować. Aktorstwo sprawiło jednak, że wstrzymałam się. Może i go sobie kiedyś zrobię - ale zrozumiałam, że na razie mogę go wykorzystać i... trochę nim pograć. (śmiech) Nauczyłam się też dzięki aktorstwu bardziej kontrolować swoje emocje. Kiedy gra się główną rolę w jakimś serialu, niesie się na swoich barkach projekt, który kosztuje mnóstwo pieniędzy. Trzeba więc poczuć odpowiedzialność, ale nie dać się jej przytłoczyć.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.