Kazimierz Koralewski: Już dziesięć minut po wyjściu z radia chodziłem z bólem [ROZMOWA]

Czytaj dalej
Fot. Karolina Misztal
rozm. Dorota Abramowicz

Kazimierz Koralewski: Już dziesięć minut po wyjściu z radia chodziłem z bólem [ROZMOWA]

rozm. Dorota Abramowicz

To był skrót myślowy - mówi radny PiS Kazimierz Koralewski, przepraszając za wysyłanie rodziców in vitro do psychiatry.

Nie zmienił Pan zdania w sprawie finansowania przez miasto Gdańsk programu leczenia in vitro?

Jeśli zamierzamy oferować pomoc małżeństwom, które nie mogą mieć dzieci, to powinno się wziąć pod uwagę także pary, które metody in vitro nie akceptują. Nie ma dla nich takiej oferty i nad nią trzeba pracować. Tu chodzi o konkretne pieniądze.

Czyli powinno się dać także pieniądze na wspieranie placówek stosujących metodę naturalnej prokreacji, czyli naprotechnologię?

Z tego, co słyszałem, rząd chce zagwarantować środki na badania kosztownych technik, potocznie zwanych naprotechnologicznymi, które prowadzą do wyleczenia. Będzie to oferta refinansowana przez NFZ. Być może dlatego program miasta został zawężony do tego, co Platforma Obywatelska prowadziła w latach 2013-2016, za czasów swoich rządów. W Gdańsku mamy więc do czynienia z powieleniem tamtego programu. Wiele dróg prowadzi do tego, by dojść do celu.

Przed tygodniem, podczas dyskusji na ten temat w Radiu Gdańsk, powiedział Pan: „Czy pary poddawane procedurze in vitro są poddawane badaniom psychiatrycznym? Dzisiaj przychodzi ktoś i mówi »chcę mieć dziecko«. A jeśli jest psychopatą?”. W upublicznionym dwa dni później oświadczeniu przeprosił Pan za użycie tych sformułowań...

Już 10 minut po wyjściu z radia chodziłem z bólem. Zastanawiałem się, co w tej sytuacji zrobić. Powiedzieć przepraszam, tak po prostu? To mogłoby nie wystarczyć, dlatego musiałem pomyśleć, jak zobrazować to, co myślę i czuję. Nie wiem, na ile to mi się udało, ale otrzymałem kilka listów od osób, które mają dzieci z zapłodnienia in vitro i zrozumiały moje intencje.

Oświadczenie pomogło?

Czuję się w tej chwili już lepiej.

W oświadczeniu napisał Pan między innymi: „Intencją mojej wypowiedzi było wskazanie, iż pary starające się o dziecko metodą in vitro, podobnie jak pary starające się o adopcję (sam jestem osobą starającą się o adopcję), powinny mieć zapewnione wszechstronne wsparcie psychologiczne pozwalające im przejść przez czekające ich trudne procedury”.

Napisałem także, że moją intencją nie było ocenienie osób, które wybierają tę metodę. Po prostu moja wypowiedź była zbyt dużym skrótem myślowym.

Który spowodował medialną burzę...

Wcześniej, po upublicznieniu mojej radiowej wypowiedzi, otrzymałem kilkadziesiąt listów, z kraju i zagranicy. Te z kraju były raczej krótkie i wulgarne. Za to te od Polaków z zagranicy były bardziej dojrzałe i rozkładały się pół na pół. Pisano na przykład: jak pan może nie akceptować metody in vitro, to jest średniowiecze! Inne natomiast wykraczały poza to, stwierdzając, że rodzinie starającej się o dziecko potrzebna jest wszechstronna opieka. Pewna osoba mieszkająca w Australii pisała, że tam każda rodzina, która się decyduje na zabieg in vitro, jest potraktowana interdyscyplinarnie. Jeśli bezpłodności towarzyszy depresja, potrzebna jest pomoc także lekarza psychiatry i tam nie ma to tak pejoratywnego znaczenia jak w naszym kraju. Podobnie wszechstronną opieką powinny być objęte także rodziny w Polsce.

W oświadczeniu pojawiła się informacja, że stara się Pan o adopcję. Czyli orientuje się Pan, jak wygląda sytuacja dzieci czekających na nowe rodziny i dorosłych, chcących zapewnić im prawdziwy dom?

Nieco się w tym orientuję, ale nie wiem, czy wypada mi to upubliczniać. Tylko napomknąłem na temat adopcji. Po niedawnej śmierci córki, która samotnie wychowywała dwoje dzieci, sąd musi podjąć decyzję o pieczy zastępczej. Widzę, że sądy rodzinne nie dają sobie rady z coraz większą liczbą spraw związanych z uregulowaniem sytuacji prawnej dzieci, ich rodziców i osób starających się o adopcję. Każdy, kto próbuje załatwić kwestie adopcyjne, nagle wchodzi w sądowy młyn, który równocześnie miele wiele innych spraw. Sama procedura wniosku o zabezpieczenie dzieci, by z dnia na dzień miały zapewnioną opiekę i można było formalnie występować w ich imieniu, trwa ze dwa miesiące. Dzieci musiałyby wylądować w szpitalu na SOR, by w sytuacji zagrożenia życia sędzia dyżurny podjął decyzję o zabiegu. Potem okazuje się, że pół roku oczekiwania na pierwsze posiedzenie sądu to termin ekspresowy, a następnie wszystko jeszcze musi trwać. I nagle okazuje się, że osoba chcąca zapewnić dziecku rodzinę, która powinna być otoczona opieką i wsparciem organów państwowych, musi się wykazać wręcz anielską cierpliwością, bo może za rok lub dwa się uda wszystko załatwić. Jeszcze nie wiem, co mnie czeka, ale bariera jest ogromna. Zresztą zarówno choroba córki, nie zawsze dobre doświadczenia przez ostatnie trzy lata ze służbą zdrowia, nie do końca działającą procedurą zielonej karty, a ostatnio opieka nad dziećmi - to wszystko sprawiło, że w sposób niezamierzony zająłem się sprawami socjalnymi, społecznymi. Może stąd wzięła się moja mało ostrożna wypowiedź w radiu.

Ostatnio szerokim echem odbiły się zapowiedzi o ograniczeniu przez Polskę adopcji zagranicznych. To dobry pomysł?

Nie powinno być u nas procederu znanego z Krajów Trzeciego Świata, że przyjeżdżają cudzoziemcy i z preferencjami wybierają sobie, bez wcześniejszej kwerendy w kraju, dowolne dziecko. Jeśli jednak nie można znaleźć dla chorego dziecka rodziny adopcyjnej w kraju, nie wykluczam adopcji zagranicznej. Najważniejsza jest troska o dziecko i jego dobro.

Ocenia się, że 90 procent dzieci czekających na adopcję ma problemy ze zdrowiem. Co można zrobić, by znaleźć dla nich polskich rodziców i zatrzymać je w kraju?

Trzeba stworzyć kompleksową pomoc dla rodzin - biologicznych i adopcyjnych - które opiekują się chorymi dziećmi. Znam takich ludzi, chylę przed nimi czoła. Wiem, że czasem matka i ojciec nie są w stanie samodzielnie zaopiekować się chorym, niepełnosprawnym dzieckiem. Rodziny, mówiąc potocznie, mogą się wykończyć, nie wytrzymując psychicznie codziennego stresu przez 30-40 lat. Jak to rozwiązać? Myślę, że czerpiąc wzór z ruchu hospicyjnego, trzeba stworzyć system opiekujący się szerzej takimi rodzinami. Powinien powstać wspólny program rządu i samorządów wspierający starania opiekunów.

rozm. Dorota Abramowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.