Jonathan Carroll: We śnie robię w kuchni kanapki [ROZMOWA]

Czytaj dalej
Fot. Adrian Wykrota
M. Baranowska-Szczepanska

Jonathan Carroll: We śnie robię w kuchni kanapki [ROZMOWA]

M. Baranowska-Szczepanska

Amerykę zdradził dla Europy. Mieszka i pracuje w Wiedniu. Bywa często w Poznaniu, ale przyznaje, że wcale go nie zna. Za to polscy i poznańscy czytelnicy od lat doskonale znają magiczną twórczość Jonathana Carrolla.

Cierpi Pan na bezsenność?

Nie, sypiam bardzo dobrze. Nigdy nie miałem z tym problemów.

Pytam, ponieważ bohaterowie Pana powieści funkcjonują na granicy snu i jawy. Czytelnik może się czasami pogubić. Czy kiedykolwiek wymyślił Pan swojego bohatera podczas snu?

Tylko raz zdarzyło mi się, że pomysł na książkę przyszedł do mnie we śnie. Miałem sen, że zakochałem się w kobiecie, która miała dużo dzieci. Chciałem być z nimi na zawsze. A potem okazało się, że ona nie może zdobyć pracy. To był sen, który stał się inspiracją dla historii opowiedzianej w książce pod tytułem „Poza ciszą”. Ale to był tylko ten jeden raz.

Jakie zwykle miewa Pan sny?

Idę do kuchni, robię kanapkę i patrzę przez okno.

Nie wierzę, naprawdę nic wyjątkowego nie przychodzi do Pana, gdy zamyka oczy?

Czasami wyprowadzam psa.

Pana pierwsza książka pt. „Kraina chichów” jak i wiele innych osnutych jest jakby na podstawie baśni. Podkreślał Pan już jednak wielokrotnie, że jako dziecko nie czytał Pan właściwie wcale. Bajki, baśnie i legendy były Panu obce. Skąd się zatem biorą w powieściach latające dzieci i gadające psy?

Każdy rodzaj sztuki, czy to będzie pisanie, tworzenie muzyki, czy malowanie są zorganizowane w twoim wewnętrznym czasie. Twoje życie jest kolażem i kiedy jesteś artystą, to wybierasz część ze swojego życia, coś, co lubisz, ja lubię psy i kawę, i tworzysz z tego coś nowego. Tak powstały gadające psy i latające dzieci w mojej wyobraźni.

Opuścił Pan Nowy Jork, aby żyć i pracować w Wiedniu. W tym mieście toczy się akcja wielu książek. Często Pan podkreśla, że dom jest tam, nie gdzie się urodził czy skąd pochodzi, ale gdzie się dobrze czuje. Często bywa Pan w Polsce, wiele razy gościł w Poznaniu. Czy zatem istnieje szansa, że akcja jakiejś powieści będzie miała miejsce właśnie w Poznaniu?

Przyjeżdżam do Poznania często, bo znajomi cały czas mi podkreślają, że mieszka tu wielu fanów moich książek. Jestem tu więc, ale szczerze mówiąc nie znam tego miasta. Moje wizyty to zwykle spotkania z czytelnikami i podpisywanie książek. Potem zwykle muszę jechać już do innego miasta.

W najnowszej książce pt. „Kolacja dla wrony” wspomina Pan mapę miejsc, która istnieje w każdym z nas. Jaka wygląda Pana mapa?

To bardzo indywidualna sprawa. To miejsca, gdzie łączą się sny, rzeczywistość, depresja, szczęście. To nie jest mapa rzeczywistych miejsc, tylko to coś abstrakcyjnego. Wydaje mi się, że każdy z nas ją posiada. To właśnie tam znajdują się nasze „góry strachu”.

Ale kiedy po lekturze książek zamykam oczy, to widzę Wiedeń, który Pan w nich opisuje. To nie jest abstrakcyjne, tylko rzeczywiste.

Mogę pisać o Wiedniu, który znam, najlepiej jak potrafię. Ale niektórzy ludzie, którzy w nim mieszkają, mówią, że nigdy tam nie byłem, nie znam tego miasta. Dlatego uciekam do aksjologii, tak jak pani postawiła swój subtelny pogląd na Poznań. Na pewno znalazłyby się tutaj osoby, które nie lubią tego miasta i co mam się z nimi kłócić? Macie inne życie, inne spojrzenie na świat. I to właśnie wpływa na wiele sposobów na to, jak wygląda pani mapa. Czasem kocham Wiedeń, a czasami go nienawidzę. Czasami, kiedy z niego wyjeżdżałem, to odkrywałem ilu miejsc mi brakuje. Ale kiedy wracałem, to okazywało się, że wcale za nimi nie tęskniłem. I byłem zły.

Pisanie jest Pana zawodowym zajęciem, które sprawia wiele przyjemności. Jak długo pisze Pan książkę? Czy to jest tak, że kiedy przychodzi wena, to siada Pan i jest w stanie napisać za jednym zamachem całość?

Nie, ależ skąd. Zwykle mogę pisać wtedy, kiedy mam tytuł i wiem, jak zacząć. Kiedy pisałem „Muzeum Psów”, to wiedziałem właśnie, jak brzmieć ma tytuł i pierwsze zdanie w książce. Nigdy jednak nie wiem, ile czasu zajmie mi napisanie całości. Ostatnia książka powstała pięć lat. Nie wierzę, kiedy ktoś mi mówi o pisaniu książki przez osiem godzin dziennie. To romantyczne spojrzenie. To tak, jakby powiedzieć, że malarz maluje 20 godzin dziennie. Nikt tak nie robi, bo kiedy miałby czas pójść do toalety?

Co Pan robi, kiedy nie pisze?

Piję kawę, czytam książki, spaceruję z psem i patrzę przez okno. Wielu pisarzy, których znam zachowuje się bardzo zwyczajnie, robią takie same rzeczy, jak każdy. To ludzie mają tak niewyobrażalne pojęcie o artyście. To w gruncie rzeczy bardzo miłe, ale nieprawdziwe. Moje życie naprawdę nie różni się niczym od pani życia.

Jonathan Carroll

Co jakiś czas pojawia się informacja o tym, że powstanie film na podstawie Pana książki. Ale jak do tej pory nic się nie zdarzyło, dlaczego?

Producent zanosi moją książkę do studia, bo oni mają tam pieniądze. Pokazuje ją wielu osobom i o ile na początku wszystkim się ona bardzo podoba, to na końcu ktoś stwierdza, że jest to gów... i na tym wszystko się kończy. I ten proces się powtarza. Dlatego teraz się śmieję, kiedy ktoś do mnie dzwoni i mówi, że komuś spodobała się moja książka i chce na jej ekranizację wydać miliony dolarów. Pokażcie mi rachunek, to dopiero uwierzę!

Czy gdyby w końcu udało się zekranizować Pana książkę, to na jakiego aktora by Pan postawił?

Gary Oldman mógłby zagrać Harrego Radcliffe’a z „Muzeum Psów”, on byłby idealny. Jest we właściwym wieku, w odpowiednim momencie życia. Myślę nawet, że byłby wspaniały!

Ma Pan w pamięci jakiś film, który powstał na podstawie książki i przypadł Panu do gustu?

Tak, najlepiej zekranizowano „Milczenie owiec”. Ta książka jest jedną z moich ulubionych i kiedy usłyszałem, że będzie na jej podstawie film, to byłem przerażony. Okazało się jednak, że obraz jest tak samo dobry, jak książka. Pracowałem w Hollywood i dobrze wiem, jak taki proces wygląda. Treść książki dopasowana jest do wizji reżysera, producenta, aktora. Dlatego często wersja filmowa jest gorszą wersją książki, ponieważ tyle osób decyduje, jak to wszystko ma wyglądać.

Czyli książka i pisarz nie jest w tym najważniejszy?

Nie. Jest taki okropny dowcip w Hollywood o dziewczynie, która chce zrobić karierę i dlatego przesypia się ze scenarzystą, bo myśli, że on jej to ułatwi. No, ale nie, bo on przecież nie ma żadnej władzy. Więc jeśli chcesz się przespać z kimś wpływowym, to prześpij się z producentem, może on uczyni cię sławną. Ale pisarz... na pewno nie! Bo kiedy jesteś pisarzem, to mówią tobie: weź pieniądze i odejdź. Rzadko kiedy ktoś chce, by pisarz stał się częścią projektu. Tak właśnie robione są filmy.

Wróćmy zatem do książek. Mówił Pan, że dobre książki zostają w naszym sercu i umyśle na całe życie. Jakie książki obecnie Pan czyta?

Lubię thrillery. Lubię szybkość, którą tego typu książki mają w sobie. Sama historia nie jest tak ważna, jak właśnie ta szybkość, która się dzieje. Teraz jednak za dużo nie czytam, bo jestem w połowie pisania nowej powieści i muszę się skupić na swojej pracy. Kiedy czytam dobrą książkę i myślę o kierunku, w którym ona zmierza, to wpływa to na moją pracę.

Ma Pan ulubionego pisarza albo ulubioną książkę?

Pisarz, którego często wspominam, pochodził ze Stanów Zjednoczonych. Jest nim James Solter. Jego książka pod tytułem „Light Years” nie była chyba przetłumaczona na język polski. Inną książką, którą szczerze polecam jest „Shantaram” Georga Robertsa. To są dwie bardzo różne książki. Jedna jest opowieścią o małżeństwie, a druga o wspaniałej przygodzie, która ma miejsce jednej nocy. Często, kiedy ludziom polecam te książki, to oni potem wracają i dziękują i mówią, że obie były wspaniałe.

W „Kolacji dla wron” wyjaśnia Pan, że tytuł jest podstawą całej książki. Wspomniał Pan już w naszej rozmowie, że właśnie od niego zaczyna się u Pana proces twórczy. Czy ma Pan już tytuł do nowej książki?

Mam, ale nie mogę go pani zdradzić. To jest sekret. Nigdy nikomu nie zdradzam tytułu nowej książki.

To chociaż proszę powiedzieć, kiedy będę ją mogła przeczytać?

Jeśli będę miał szczęście, to nowa książka pojawi się w przyszłym roku, a jak nie, to za dwa lata.

Jonathan Carroll
Adrian Wykrota Jonathan Carroll
M. Baranowska-Szczepanska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.