Krzysztof Strauchmann

Jeżowa mama, czyli ochronka dla kolczastych braci

Malutki jeżyk Yogi przyjechał do Nysy spod Ziębic. Miał 1 dzień. Malutki jeżyk Yogi przyjechał do Nysy spod Ziębic. Miał 1 dzień.
Krzysztof Strauchmann

Jak trzeba, to nawet do pracy zabiera ze sobą karton z małymi zwierzakami, żeby je regularnie karmić i podawać leki. Elżbieta Jurczyk z Nysy jest jedynym na Opolszczyźnie oficjalnym opiekunem jeży.

Nie jest łatwo, gdy się ma w domu 56 jeży. Wieczorem i w nocy trzeba je regularnie karmić, raz suchą, raz mokrą karmą. Maluchom dać strzykawką mleko bez laktozy prosto do pyszczka. Kilkanaście jeży zawsze kaszle, więc trzeba im wydzielić indywidualne dawki lekarstwa. Poza tym posprzątać domki i kojce, bo strasznie bałaganią. Rozdzielić kłótnie i pofukiwania. Przeegzaminować, które już nadają się do wypuszczenia na wolność.

- Jak w kołchozie. Wstaję o 6 rano, a kładę się o 4 w nocy - przyznaje Elżbieta Jurczyk z Nysy, jedyny na Opolszczyźnie certyfikowany opiekun jeży Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Jeży. - A są dni, kiedy wcale się nie kładę.

Jesienne sieroty

Elżbieta Jurczyk mieszka w domu koło parku w Nysie. Jeże zawsze gościły w jej ogrodzie. W październiku 2010 roku, w zimny i deszczowy wieczór na trawniku koło domu pani Ela zobaczyła kilka czarnych kulek na świeżym śniegu. Nie zastanawiając się wiele, włożyła pięć zwierzątek do kartonowego pudła, zaniosła do domu i dopiero tam zaczęła myśleć, co dalej.

- W bibliotece, a potem w internecie szukałam informacji o jeżach. Znalezienie porady, jak je karmić, jak się nimi opiekować, jest bardzo trudne - opowiada pani Elżbieta. - Dopiero kiedy zadzwoniłam do ogrodu zoologicznego we Wrocławiu, pracownica zoo dała mi pierwsze instrukcje.

Zimę pani Ela spędza z 50-osobową rodzinką, wiosną wyleczone zwierzaki wypuszcza. I tak w kółko od lat

Jeże rodzą się dwa razy do roku. Na wiosnę, właśnie o tej porze, na przełomie maja i czerwca. Drugi miot przychodzi na świat koło października. To właśnie są te „jesienne sieroty”, bowiem samica czasem porzuca małe dzieci, żeby sama mogła przygotować się do nadchodzącej zimy. Jeśli przed hibernacją nie będzie ważyć minimum 600 gramów, nie ma szans na przeżycie. Maluchy, które wtedy do niej trafiły, ważyły trzy razy mniej. Na tej piątce pani Ela zaczęła się uczyć tajników jeżowej egzystencji. Kiedy zaczęły kaszleć, znów szukając informacji, trafiła pierwszy raz na Polskie Stowarzyszenie Ochrony Jeży „Nasze Jeże”. A potem dotarła do doktora Roberta Ratajskiego z nyskiej przychodni weterynaryjnej Arka, który ofiarnie zajął się jej podopiecznymi i robi to nieodpłatnie do dzisiaj.

W tej piątce największym żarłokiem okazała się Joasia. Zjadała karmę ze swojej miseczki, a potem szła do kolejnej. A największym egoistą był Jakubek, który rozpychał się na termoforze i strącał rodzeństwo na podłogę.

- Na wiosnę postawiłam ich domek pod tujami w ogrodzie. Po północy poszłam sprawdzić i już był pusty. Ale jeszcze długi czas przychodziły na dokarmianie i zawsze trzymały się razem - wspomina jeżowa opiekunka.

Takich certyfikowanych przez Generalnego Inspektora Ochrony Środowiska „opiekunów jeży” jak Elżbieta Jurczyk z Nysy jest w całej Polsce ze dwudziestu i stale ich ubywa. Mają w interenecie strony, gdzie publikują swoje kartoteki zwierząt. Można do nich dzwonić przez całą dobę. Pani Ela z Nysy przez kilka lat przyjmowała do siebie na zimę kilkanaście chorych, rannych czy zbyt małych zwierzaków. Kilka lat temu jednak objechała nyskie i sąsiednie szkoły z serią pogadanek o swojej pasji. W mieście rozeszła się wieść o jeżowej mamie i kolejni podopieczni posypali się jak ulęgałki. Lawinowo. Jeże przyjeżdżają z całego województwa, dowożone przez ludzi, którzy znajdują ją w internecie. Jeden dotarł aż z Bogatyni, 250 kilometrów od Nysy. Są podsyłane przez znajome przychodnie weterynaryjne. Przynoszone bezpośrednio przez znajomych albo przypadkowe osoby. Większość jest z Opola, jak choćby najnowszy nabytek - samiczka o imieniu Jeżyca z dziećmi. Nie miała gdzie urodzić w centrum Opola, więc wlazła między przygotowane do wywózki worki na odpady. Rano pracownicy komunalni odkryli tam całą rodzinkę, przytuloną do mamusi.

Jeże specjalnej troski

Te zdrowe i silne mieszkają w altanie w ogrodzie. Najsłabsze pani Ela trzyma w domu i mówi na nie, że są specjalnej troski: sieroty jesienne, ofiary samochodów albo spalinowych kosiarek. Osobniki schorowane z powodu pasożytów płuc, które są największą plagą tego gatunku. Pani Ela mówi na nie fafluny, bo trafiają do niej, słaniając się na nóżkach, i czasem nie sposób ich odratować. Rekordzistka - Zuzia - spędziła na leczeniu aż 10 miesięcy z powodu powikłanej infekcji bakteryjnej. Dostawała antybiotyki, steroidy, jej próbki pojechały do laboratorium w Lipsku, żeby opracować antybiogram. I Zuzia przeżyła. Wróciła na wolność, ale przez trzy lata przychodziła jeszcze do ogrodu, gdzie ją wypuszczono. Poznawali ją po kichaniu, bo z tego już nigdy się nie wyleczyła.

Latem lawinowo rośnie liczba ofiar spalinowych kosiarek. W parkach i ogrodach tniemy trawę coraz staranniej, nie zostawiamy dzikim zwierzętom żadnego azylu pod płotem, żadnej wyrośniętej kępy. A po koszeniu na pomoc jest już za późno. Trzy lata temu znajoma pani Elżbiety w nyskim parku odkryła w świeżo ściętej trawie gniazdo małych jeży. Obok leżała matka, przecięta kosą na pół. Siedem małych umarło z zimna i głodu, bez opieki. Jeżyk Solo miał więcej szczęścia, bo przeżył spotkanie z kosą, choć doktor Ratajski kilka razy musiał go operować. Ostrze uszkodziło mu mięsień, dzięki któremu jeże mogą się zwijać w kulkę i nastawiać kolce. Solo nigdy już nie wrócił na wolność, boby sobie nie poradził. Nie obroniłby się przed naturalnymi wrogami.

Z Głuchołaz przywieziono kiedyś do nyskiego pogotowia jeża, który ledwie żywy probował wyjść z wody na brzeg rzeki i tak został znaleziony przez przypadkową spacerowiczkę. Kiedy doktor w przychodni zrobił biedakowi zdjęcie rentgenowskie, chwycił się za głowę, bo tak zmaltretowanego osobnika dotychczas nie widział. Miał połamane łapki, wątrobę wbitą w płuca. Jakiś człowiek musiał go wiele razy kopać jak piłkę, a potem jeszcze kopnął do rzeki. Niestety, takich ofiar bestialstwa ludzkiego jest w archiwach Elżbiety Jurczyk dużo więcej.

- Ostatniej jesieni trafiło do mnie z Brzegu rodzeństwo jesiennych sierot - 11 sztuk maluchów - opowiada Elżbieta Jurczyk. - Musiałam je karmić regularnie, co dwie godziny, więc zabierałam je ze sobą do pracy. Całe szczęście, że moja dyrektor wspiera mnie w tej działalności. W pracy karmiłam małe jeże, a potem zostawałam po godzinach.

Matura i wolność

W ciągu ostatnich 7 lat przez dom Elżbiety przewinęło się ponad 170 jeży. Prawie wszystkie podleczone i dokarmione wróciły do swojego środowiska, zawiezione osobiście przez panią Elę. Teraz wywozi je aż za Krapkowice do jeżowego raju, w spokojną wiejską okolicę, gdzie nie ma ruchliwych dróg ani zakładów. Ma tam znajomą, właścicielkę sporej posesji, gdzie można zwierzaki zostawić na noc, żeby się powoli oswoiły z nowym otoczeniem. Zanim jednak wrócą na wolność, muszą przejść ostry egzamin dojrzałości. Trzeba sprawdzić, czy poradzą sobie w samodzielnym życiu.

- Sprawdzam, czy mają instynkt budowania gniazda - opowiada pani Ela. - Obserwuję, co robią z kawałkami papierowych ręczników, patyczkami czy mchem, jaki przynoszę dla nich ze spacerów. Jak wciągają do domów i budują gniazdo w kształcie kuli, to zdały.

Samodzielny jeż musi też sam złapać sobie pożywienie. Pani Ela rzuca im na wybieg żywe robaki ze sklepu zoologicznego i patrzy na ich reakcje. Trzeci test to sposób reakcji na człowieka. Jeż nie może się przyzwyczaić do opiekuna, bo w przyrodzie zginie, nie bojąc się ludzi. Jeśli jednak fuka, atakuje dwunożne istoty, to zaliczył też ostatni egzamin. A że pani Ela ma przy tym ręce pogryzione ostrymi ząbkami? Trudno.

Polskie Stowarzyszenie Ochrony Jeży finansuje swoim przedstawicielom pożywienie dla podopiecznych. Masę kosztów opiekunowie ponoszą jednak ze swojej kieszeni. Dla pani Elżbiety z Nysy - paradoksalnie - największym zmartwieniem jest brak kartonów na domki i wybiegi. W sklepach trudno je teraz znaleźć, bo w pakowaniu większych towarów wyparła je plastikowa folia. Tymczasem jeże niszczą i gryzą kartony, bo szukają przejść na wolność czy do sąsiada. A potem rozłażą się po domu i ogródku, chowają w workach na śmieci. Rekordzistka - samiczka Jeżówka - zjadła 11 kartonowych pudeł.

Dla naukowców jeże nie są specjalnym obiektem badań. Szkoda, bo pani Ela mogłaby im wiele opowiedzieć na ich temat. Jeże są jak ludzie, mają swoje sympatie, charakterki, konflikty. Więc opiekunka z Nysy spędza zimę z tą nietypową 50-osobową rodzinką, którą na wiosnę rozwozi po okolicy. I tak w kółko. Ale życia bez jeży pani Ela już sobie nie wyobraża.

Więcej informacji o działalności opiekunów jeży znajdziecie na stronie www.neszejeze.pl.

Krzysztof Strauchmann

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.