SP

Jestem blisko spełnienia jednego z marzeń

SP

Rozmowa z Moniką Stachowską, pochodzącą z Torunia szczypiornistką reprezentacji Polski, która zajęła czwarte miejsce na mistrzostwach świata.

- Po przegranym spotkaniu o 3. miejsce z Rumunkami byłyście bardzo smutne. Czy dziś doceniłyście już ten sukces z Danii?
Rumunki były od nas dużo lepsze. Należała się im nawet walka o złoto, bo w półfinale rozegrały „mały“ finał z Norweżkami. Cieszymy się jednak, bo jesteśmy czwartą drużyną świata. Wydaje mi się, że zasłużenie. Nie ma co ukrywać, że zespoły, które stanęły na podium, były od nas lepsze. Powoli wszystko do nas dociera. Przed wyjazdem do Danii umówiłyśmy się, że nie będziemy czytać informacji prasowych. Są dziennikarze, którzy zachwycają się naszą grą, a my nie chciałyśmy popaść w samozachwyt. Z drugiej strony są przedstawiciele mediów, którzy piszą negatywnie. Takimi relacjami też nie chciałyśmy się sugerować. Tylko z doniesień rodziny i tego, co zobaczyłyśmy po powrocie do kraju wiemy, że znów żeńska reprezentacja dostarczyła wielu emocji. To no nas bardzo cieszy. Kibice namawiali nas, abyśmy były zadowolone z czwartej pozycji na świecie. Nasz smutek wynikał z tego, że jesteśmy bardzo ambitnym zespołem, dlatego jakaś gorycz była.

- Na poprzednich MŚ, w Serbii w 2013 roku, także zajęłyście miejsce tuż za podium. Który sukces bardziej was cieszył?
Chyba ten sprzed dwóch lat. Do Serbii pojechałyśmy jak „dzikuski“. Nie wiadomo skąd się tam wzięłyśmy. Teraz nasza świadomość była większa, a przez to ma się większe wymagania od siebie.

- Nasza reprezentacja fazę grupową zakończyła z bilansem 3-2 i awansowała do 1/8. Czyli plan minimum został zrealizowany.
Był taki cel, bo nie chciałyśmy stracić swoich marzeń o prawie gry na igrzyskach olimpijskich. Wiedziałyśmy, że formuła MŚ bardzo nam odpowiada. Pokazałyśmy to dwa lata temu w Serbii, że potrafimy grać o wszystko. Podczas 1/8 finału w Danii cudem ograłyśmy Węgierki, a w kolejnej fazie Rosjanki, które w tych zawodach przegrały tylko jeden mecz - i to z nami.

- W fazie grupowej wysoko przegrałyście z Holenderkami. To był wypadek przy pracy, czy jeden mecz poświęciłyście, aby trochę odpocząć przed najważniejszymi spotkaniami?
Proszę zwrócić uwagę, że na boisku w naszej reprezentacji prawie cały czas na placu przebywały te same kadrowiczki, a to jest niesamowity wysiłek. Po takim spotkaniu zawodniczkom „gaśnie światło“. Jesteśmy wiekową reprezentacją, więc następny dzień jest dramatyczny. Mamy mało czasu na regenerację, a do tego dochodzi trening. Na szczęście mamy świetną atmosferę w kadrze i bardzo się lubimy. To był jeden z czynników, który pomógł nam zajść tak daleko. Mecze z Węgierkami i Rosjankami wygrałyśmy wielkim sercem. Niestety, nie starczyło to później na Holenderki i Rumunki. W tamtym momencie było to za mało.

- W decydujących spotkaniach zabrakło już sił?
Jest to jeden z czynników. Tym bardziej, że nie mamy takiej Cristiny Neagu. Nasza reprezentacja gra zespołowo. Mamy liderki, ale nie mają takiej siły rażenia jak Rumunka. Jeden człowiek na milion rodzi się z takimi umiejętnościami jak ona. Jesteśmy zespołem nieobliczalnym. Czasami dla kibiców, czasami dla siebie, a czasami dla przeciwnika.

- Przed wami turniej eliminacyjny do igrzysk w Rio. Dobrym występem w MŚ skomplikowałyście sobie drogę, bo o awans będziecie grać z Rosjankami, Szwedkami i Meksykankami.
Taka jest formuła. Jeżeli ktoś chce złożyć reklamację, to musi zrobić to w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim. Na igrzyskach chodzi o to, aby każdy kontynent miał swojego przedstawiciela, a wiadomo, że w pewnych częściach świata piłka ręczna nie istnieje. Do Rio przyjadą zespoły, które próbują grać w szczypiorniaka, a prezentują drugoligowy poziom naszych rozgrywek. Taka jest formuła. Ostatnie MŚ pokazały, że Europa dominuje. W pierwszej ósemce czempionatu nie było zespołu spoza Starego Kontynentu. Nic dodać, nic ująć.

- Marzy się pani wyjazd do Brazylii?
Każdemu sportowcowi marzy się wyjazd na igrzyska. Jednak wcześniej o tym nie myślałam, bo najpierw nie było mnie w reprezentacji, a kadra osiągała słabsze wyniki. Teraz jest inna sytuacja. Nigdy nie byłam tak blisko spełnienia marzeń.

- Z racji wieku mistrzostwa świata w Danii były dla pani ostatnimi?
Raczej tak. To było wbrew naturze. Ciało ludzkie ma też swoje możliwości. Dodatkowo młodzież bardzo napiera do pierwszej reprezentacji. Piłkarki ręczne są ubogimi krewnymi siatkarek i koszykarek. O pewnych sprawach musimy pomyśleć prędzej. Fakt, możemy sobie zapewnić emeryturę, stając na podium igrzysk olimpijskich. Wszystko jest możliwe. Dzięki temu jest to takie fajne. Młodym sportowcom tłumaczę, że przez sport można wiele osiągnąć. Piłka ręczna nie jest sportem elitarnym tak jak tenis, w którym rodzice chcą, aby ich dzieci uczyły się w najlepszych szkołach i nosiły najlepsze ciuszki. Na treningi szczypiorniaka przychodzą normalni Kowalscy.

- Ale Kowalscy to muszą być twardzi ludzie, bo piłka ręczna do najbardziej delikatnych dyscyplin sportowych nie należy.
Rodzimy się bezbronnymi niemowlakami i wszystkiego się w życiu uczymy. Tak właśnie wygląda ten sport. Kiedyś byłam „ciotką-klotką” i bałam się wszystkiego. Sport nauczył mnie śmiałości i otwartości. Piłka ręczna jest podobna do codzienności. Jeśli na boisku poradziłam sobie z brutalnością, to w życiu jest mi dużo łatwiej.

SP

SP

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.