Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Jerzy Kossela jak trzepnął przebojem, to śpiewała cała Polska

Czytaj dalej
Fot. Przemek Świderski
Ryszarda Wojciechowska

Jerzy Kossela jak trzepnął przebojem, to śpiewała cała Polska

Ryszarda Wojciechowska

Jurek chciał nas dyscyplinować, a my, jak to przedstawiciele wolnego zawodu, nie do końca chcieliśmy się temu poddać - mówi perkusista Czerwonych Gitar Jerzy Skrzypczyk.

Jak to się stało, że Jerzy Kossela, „ojciec” dwóch najpopularniejszych, rockandrollo-wych zespołów - Niebiesko-Czarnych i Czerwonych Gitar, nie został gwiazdą? Nawet Marek Gaszyński napisał, że to tak jakby jeden człowiek założył Stonesów i Beatlesów. A Kossela był raczej w cieniu.
Jurek był skromnym człowiekiem. I nigdy nie próbował gwiazdorzyć. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek podniósł głos. Nie rzucał się w oczy. Nikogo w zespole nie faworyzował. Pamiętam, jak bardzo byłem zaskoczony, kiedy ten Wielki Kossela zaproponował mi napisanie muzyki do swojego tekstu. Mógł to zrobić sam. Ale on powiedział: Spróbuj ty. Jesteśmy grupą.

No i gwiazdami byli wówczas Klenczon i Krajewski.

Wiem, że na tle innych scenicznych osobowości w naszym zespole Jurek wypadał rzeczywiście blado. Seweryn Krajewski, niezwykle uduchowiony, był takim naszym Słowackim na scenie. Krzyśka Klenczona, urodzonego z gitarą, pamiętamy jako pełnego energii scenicznego kowboja. Benek Dornowski to taki swój chłop. Ja miałem tę przewagę, że byłem w zespole jedynym perkusistą. A Jurek ani nie był wybijającym się wokalistą, ani gitarzystą. Ale miał twórcze, jak na tamte czasy, podejście organizacyjne. Zaczął studiować architekturę, więc pewnie chciał budować domy. Architektury nie skończył, za to budował... zespoły.

„Jurasa”, jak go nazywaliśmy, zapamiętamy więc przede wszystkim jako świetnego organizatora i kierownika grupy, który do zespołu podszedł naprawdę zawodowo.

To on był pomysłodawcą funduszu zespołu i regulaminu dyscyplinarnego. Chyba nie było w tamtym czasie w Polsce tak prowadzonej grupy muzycznej jak nasza.

Gdzie się tej organizacji tak nauczył?

Być może w orkiestrze wojskowej, w której grał podczas odbywania przymusowej służby wojskowej. W wojsku był też bibliotekarzem i miał nieograniczony dostęp do wojskowego księgozbioru. Czytał zachłannie. I to niezbyt łatwe lektury. Zdobywał wiedzę o świecie, społeczeństwie.

W wywiadzie dla naszej gazety wspominał między innymi o tym, jak podczas tych bibliotekarskich zajęć trafił na książkę socjologa Zygmunta Baumana pod tytułem „Kariera”... Przeczytał ją z zachwytem, a potem próbował te mechanizmy robienia kariery na Zachodzie przenieść właśnie na nasz grunt.
Miał więc nie tylko praktyczne przygotowanie, ale też teoretyczne. Ten słynny statut wewnętrzny Czerwonych Gitar, z rozbudowanym systemem kar, który wymyślił, w tamtych czasach był rzeczą niespotykaną. Albo fundusz Czerwonych Gitar, ten jego pomysł polegał na tym, że na fundusz miały się składać pieniądze uzyskane nie tylko z przypadkowych dotacji agencji artystycznych, ale przede wszystkim z obowiązkowego wkładu każdego z nas. A ten wkład to było 20 procent miesięcznego zarobku brutto. Na ten fundusz składały się również kary finansowe za spóźnienia na próby, ujęte w specjalnym regulaminie dyscyplinarnym. Przyniosłem ze sobą ten regulamin, żeby pokazać, jak wszystko tu było wyszczególnione. O, proszę, na przykład spóźnienie do 10 minut - to było 10 złotych kary, do 30 minut - 30 złotych, a nieobecność na próbie - 100 złotych. Bolesne, zwłaszcza jeśli się za jeden koncert dostawało wówczas około 200 złotych. Pieniądze z niego były przeznaczane na zakup sprzętu muzycznego i elektroakustycznego zespołu, na kupno strojów estradowych i reprezentacyjnych, a także na sieć fanklubów, jaką już Czerwone Gitary miały. Jurek jak rasowy księgowy to wszystko koordynował. Miał swoje biuro, papier firmowy, pieczątki. Prawdziwy menedżer.
Sensu tego funduszu wtedy tak dobrze nie rozumiałem. Dzisiaj widzę, że to był dobry pomysł.

Ale jednak eksplodował. I półtora roku od założenia Czerwonych Gitar Jurek Kossela odszedł.
Musiało coś eksplodować. Taki ostry kurs dyscyplinarny wtedy budził sprzeciw.

Jest kilka wersji jego odejścia...
Moim zdaniem, wersja jest tylko jedna - konflikt z Krzyśkiem Klenczonem.

Potwierdza ją też Seweryn Krajewski, który napisał, że Kossela odszedł na prośbę Klenczona, ponieważ był zbyt słaby jako instrumentalista i pod tym względem obciążał zespół. A jednym z przykładów tej słabości, zdaniem Krajewskiego, miała być solówka gitarowa „Historii jednej znajomości”, której Kossela nigdy nie zagrał poprawnie.
I co z tego, że nie zagrał jej poprawnie, skoro wszyscy muzycy, którzy dzisiaj tę solówkę wykonują, grają ją z takimi samymi błędami? Ona, po prostu, stała się kultowa, jak zresztą cała „Historia jednej znajomości”. Nie twierdzę, że on był wirtuozem muzycznym, ale moim zdaniem, jako organizator wziął na siebie zbyt wiele obowiązków. I to się musiało potem odbić na muzycznej stronie jego pracy. Ale zawsze miał miejsce w Czerwonych Gitarach, i wtedy kiedy się reaktywowaliśmy po 20 latach, i po 1999 roku, kiedy wrócił do zespołu po raz trzeci. Bo on jest symbolem Czerwonych Gitar, założycielem grupy, dzięki której zaistniało wielu muzyków. Jego marzeniem było, aby Czerwone Gitary z czasem przekształciły się w instytucję, w której będą zatrudniani kolejni muzycy, zajmując miejsce odchodzących, a firma będzie trwała pomimo zachodzących w niej zmian kadrowych. I te jego marzenia się spełniają. Ale wtedy kiedy odszedł po raz pierwszy, sam złożył rezygnację i zrobił to pisemnie. „Swoją decyzję motywuję rozbieżnością celów moich i członków zespołu, nieprzestrzeganiem przez zespół ustnych i pisemnych porozumień, dotyczących celów i zadań zespołu, niepoważnym traktowaniem przez członków zespołu swojej pracy...” - napisał.

Wygląda na to, że nie byliście jednak grzeczni. Nie chcieliście płacić składek?
Byliśmy wtedy wszyscy na dorobku, w zespole, który mimo popularności nie zarabiał wielkich pieniędzy. W tamtych czasach koncertami nie rządził jeszcze rynek. Stawki koncertowe były odgórnie ustalane i narzucane przez wydziały kultury albo Ministerstwo Kultury i Sztuki. I były raczej niskie. Marzyłem o perkusji Ludwig, takiej, jaką miał Ringo Starr. Kupiłem ją za 65 tysięcy złotych. Wie pani, ile musiałem zagrać koncertów, żeby to spłacić? A na jednym koncercie zarabiałem wtedy 240 złotych. Trudno się dziwić, że mimo podpisania statutu nie przyjmowaliśmy z zachwytem tego 20-procentowego miesięcznego obciążenia. Jurek chciał nas dyscyplinować, a my, jak to przedstawiciele wolnego zawodu, nie do końca chcieliśmy się temu poddać.

Był surowy, jak to ojciec... założyciel.

Powtarzam jednak - po latach zrozumiałem, że to on miał rację. Bo ten pomysł na fundusz stanowił potem siłę Czerwonych Gitar. Kupiliśmy za pieniądze z funduszu sprzęt. W tamtym czasie, jako jedyny zespół w Polsce, mieliśmy własną aparaturę instrumentalną i wokalną. To była nasza karta przetargowa w rozmowach z agencjami artystycznymi, które czasami próbowały szantażować - nie udostępnimy wam aparatury, więc nie wystąpicie. A my mogliśmy powiedzieć - pocałujcie nas w nos, bo mamy własną aparaturę.

Krzysztof Klenczon pewnie sporo musiał płacić za spóźnienia? Znany był ze spóźniania się i opuszczania prób.
W świecie artystycznym to normalne, że czasem człowiek się zabawi, a potem dłużej pośpi. I spóźni się na próbę. Nie tylko jemu się zdarzało. Bo scena to nie zakład pracy, gdzie się kartę odbija. Jurek wprowadzał nam taki trochę wojskowy dryl.

Jedna z anegdot mówi, że do Czerwonych Gitar chciał dołączyć Czesław Niemen, ale to Kossela skutecznie go do tego pomysłu zniechęcił.
Według mojej wiedzy, tak było.

Jurek Kossela miał Czesławowi Niemenowi powiedzieć, że on jest zbyt wielkim solistą i indywidualistą, znanym już, i nie nadaje się do struktury takiej grupy jak Czerwone Gitary. Bo to jednak zespół bez solistów. I miał rację.

A potem, kiedy Kossela wrócił po latach do zespołu raz i drugi, jak się odnalazł?
Grał z nami tak długo, jak mu zdrowie na to pozwoliło. W ostatnich latach jednak coraz rzadziej. Niezbyt często wybierał się już z nami w trasy. Wiek nie ten i problemy z kręgosłupem. Miał uszkodzone trzy kręgi szyjne, prawdopodobnie po upadku ze sceny. Oślepiły go światła, kiedy schodził ze schodów. Poślizgnął się i chcąc ratować instrument, przewrócił się bardzo niefortunnie. Ale dopóki mógł i chciał, był z nami na koncertach.

Kossela to nie tylko świetny organizator, ale to też autor kilku przebojów: „Matura”, „No bo ty się boisz myszy” i „Historia jednej znajomości”.
Jest też inny przebój - „Dzień jeden w roku”, i z tego co wiem, pierwszy szkic tekstu wykonał właśnie Jurek Kossela, a Krzysztof Dzikowski ubrał to w piękne słowa. On tworzył rzadko i wolno, ale jak już trzepnął przebojem, to takim, że do dziś śpiewa cała Polska.

ryszarda.wojciechowska@polskapress.pl

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Ryszarda Wojciechowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.