Janusz Trus: Jeszcze wrócę do telewizji [ROZMOWA]

Czytaj dalej
Fot. Piotr Hukało
Rozmawiała: Ryszarda Wojciechowska

Janusz Trus: Jeszcze wrócę do telewizji [ROZMOWA]

Rozmawiała: Ryszarda Wojciechowska

Czuję się jak prekursor, pokazując, że inne osoby powinny zrobić to samo, co ja. Wiem kto, jak i po co to zrobił. Wiem, bo dzwonią koleżanki, informują, ubolewają - mówi Janusz Trus, były dziennikarz ośrodka gdańskiego TVP

Zabolało?
Jeśli nawet, to niezbyt mocno.

I nie czujesz się ofiarą dobrej zmiany?
Nie. Jestem człowiekiem przez życie doświadczonym. I na wiele inwektyw, kierowanych pod moim adresem, do tej pory nie odpowiadałem. Ale tym razem muszę bronić własnego, dobrego imienia.

W materiale wyemitowanym w twojej do niedawna macierzystej telewizji Gdańsk zasugerowano, że mogłeś być tajnym współpracownikiem.
Zostałem nawet uprzedzony, że przygotowywana jest operacja pod kryptonimem „Trus”.

Może lepszy byłby kryptonim „Trusia”. W każdym razie zabawniejszy.
Podpowiem im, jeśli będą przygotowywać kolejny materiał na mój temat. Kiedy zadzwoniła do mnie młoda dziennikarka pytając, czy byłem agentem SB, nie chciałem rozmawiać. Ale tak prosiła, że zgodziłem się na wypowiedź, twierdząc oczywiście, że nie byłem. Szybko o sprawie zapomniałem. Dopiero od znajomych pań na osiedlu usłyszałem: - A w telewizji mówili, że pan podobno jest agentem. Wtedy obejrzałem ten materiał. I zobaczyłem, że zestawiono mnie w nim z tajnym współpracownikiem SB, informując przy okazji, że ja też mam niejasną przeszłość. Tym samym zasugerowano, że mogłem być tajnym współpracownikiem SB.

Nie powiedziano wprost, że Trus to agent, ale wymowa tego materiału była taka, że nawet jeśli nie agent, to na pewno komunistyczny złóg, który ma coś za skórą jeszcze z czasów stanu wojennego.
Mógłbym złośliwie powiedzieć, że to coś za skórą ma również wielu tak zwanych niepokornych dziennikarzy i sporo zacnych polityków Prawa i Sprawiedliwości. Bo oni szli podobną drogą zawodową do mojej, zahaczając o PZPR. W tym gronie jest przecież Krzysztof Czabański, Marcin Wolski czy Jerzy Targalski. Ta droga to żadna ujma. Bo PZPR nie została jeszcze uznana za organizację przestępczą. Sam prezes Kaczyński daje nieustannie dowody swej wielkoduszności, tolerując we własnym otoczeniu ludzi, którzy szli tą drogą. Mam więc coś w rodzaju immunitetu od tak wybitnego polityka i nie zamierzam się tego wstydzić.

Zwłaszcza, że po 13 grudnia 1981 roku zweryfikowano Cię, jako dziennikarza, negatywnie i straciłeś w telewizji pracę.
Po 13 grudnia dostałem porządnego klapsa, bo pyskowałem na temat stanu wojennego. Za co matka partia oraz władze telewizji uczyniły mnie bezrobotnym. Byłem nim przez dziewięć miesięcy stanu wojennego. Na szczęście Andrzej Turski przygarnął mnie do radiowej „Trójki”, o co sam mocno zabiegałem. Tam pracowałem przez dwa lata, a potem wróciłem do Gdańska.

Twoi „lustratorzy” mówią, że jeśli po dziewięciu miesiącach dostaje się pracę w radiu, a potem wraca do telewizji, to musi być coś na rzeczy.
Oczywiście stałem tam, gdzie stało ZOMO, jak mawia klasyk. Ale trzymając się tego lustracyjnego żargonu, wtedy na usługach reżimu komunistycznego znajdowało się jakieś 90 procent społeczeństwa. Wałęsów, Lisów i Frasyniuków nie było tak wielu. 90 procent ludzi gdzieś pracowało. Byli nauczycielami, lekarzami, kierowcami autobusów, pracownikami Sanepidu. I jeśli to była współpraca z reżimem to jawna, a nie tajna. Ja też chciałem pracować. Wrócić do zawodu. Miałem na utrzymaniu żonę, córkę. Oczywiście byli dziennikarze, których jak mnie zweryfikowano negatywnie, ale którzy nie pracowali w zawodzie aż do lat 90. Dokonali takiego wyboru i ja to szanuję. Wielokrotnie wyrażałem dla nich podziw za niezłomność i wytrwałość w oporze.

Kiedy obejrzałeś ten materiał, poczułeś wściekłość?
Raczej mnie rozśmieszył. Zwłaszcza, kiedy usłyszałem te grzmoty w stylu, że jestem człowiekiem komunistycznego reżimu i ten publiczny żal pana Czabańskiego, iż ludzie mediów jeszcze się nie zlustrowali. Słysząc to postanowiłem wyjść naprzeciw jego żalom i dokonać autolustracji. Wykupiłem miejsce w prasie i opublikowałem zaświadczenia IPN, z którego jasno wynika, że nigdy nie byłem tajnym współpracownikiem SB.

I naprawdę to nie zabolało?
Chcesz powiedzieć, że powinno boleć, zwłaszcza takiego narcyza jak ja? Ja już byłem w internecie różnie nazywany: esbekiem, pedofilem, sodomitą, manipulatorem, gangsterem. Nawet przeczytałem o sobie, że jestem białym Żydem. Z szacunkiem dla tej wielkiej nacji, ale nie wiem nawet, co to znaczy. Są jeszcze inne określenia, których nie wypada w tak szacownej gazecie wymieniać. Czasami żartobliwie mówiłem lub pisałem, że to prawda. I to był mój system obronny. Nawet skuteczny, bo po takim przyznaniu się do winy, te epitety już się nie powtarzały. Ale w przypadku tego materiału sytuacja była zupełnie inna. Postanowiłem zadbać - i nie myśl, że teraz ironizuję - o większą wiarygodność mojej telewizji. Prezentując zaświadczenie, że nie byłem tajnym współpracownikiem, zrobiłem to, co powinna zrobić redakcja, która zresztą tym moim dokumentem dysponuje od lat.

Teraz wszędzie chodzisz z tym zaświadczeniem.
Oblepię nim sobie nawet samochód.

Mam wrażenie, że jednak lekko traktujesz tę sprawę. Ale wiele osób może się znaleźć w podobnej sytuacji.
Nie taktuję jej lekko. Czuję się jak prekursor, pokazując, że inne osoby powinny zrobić to samo, co ja. Nie chcę jedynie brać udziału w personalizowaniu tej sprawy. Wiem kto, jak i po co to zrobił. Wiem, bo dzwonią koleżanki, informują, ubolewają. Nie zamierzam wpisywać się w tę retorykę i krzyczeć: hańba, skandal! Uznałem, że swoją niewinność muszę udokumentować. Ciężko pracowałem dla tej telewizji przez wiele lat. Z różnym skutkiem. Bo knoty też zdarzało mi się robić na antenie.

Co słyszysz od ludzi na ulicy, którzy cię rozpoznają?
Czasami widzę te spojrzenia pytające, a może jednak? Jestem wyczulony na nie. Ale spotykam się też z wielką sympatią. Szczególnie wyrażają ją widzowie programu „Rozmowy o nadziei”. To program mojego życia. Pamiętam jak kiedyś spotkał mnie dziennikarz radiowy Marek Gostkowski i powiedział: - Jak ty to robisz, że z takim entuzjazmem potrafisz ludzi przekonywać do tego, że z ciężką chorobą należy walczyć. Tyle jest w tobie optymizmu. Tłumaczyłem mu, że sam choruję i wiem, jak to jest i że trzeba ludziom pomagać. Jeżeli cokolwiek chciałbym powtórzyć w moim zawodowym życiu to właśnie te „Rozmowy o nadziei”.

A „Kość niezgody”? „Wałęsa na rybach” - program, który podobno chcieli kupić Japończycy i Amerykanie?
Nie, to już było. A w przypadku „Rozmów o nadziei” ludzie do dziś mnie zagadują. Zdarzyło się, że nawet robią to mieszkający tu Białorusini. Kiedyś usłyszałem od białoruskiej pary: - Panie Trus, pan to taki charoszyj malczyk. A czemu państwo tak sądzicie? - spytałem. I usłyszałem, że oglądają „Rozmowy o nadziei”. Ten program to miłość mojego życia. I duma, że miałem szansę robić w swoim życiu coś naprawdę misyjnego. A „Wałęsa na rybach” to był samograj. Mieć człowieka, którego zna cały świat. Nawet wieloryby wiedzą, kim jest - jak czasami żartuję. Miałem okazję rozmawiać z prezydentem przez dwa lata. Pamiętam, że były też głosy krytyczne, jak te rozmowy zjechał kiedyś Krzysztof Skiba. I miał trochę racji. Bo Lech Wałęsa jest trudnym rozmówcą, nie do ukształtowania. Ale to on, kiedy z nim rozmawiałem, powiedział mi: - Panie, pan kiedyś za to zapłacisz. I teraz moi bliscy żartują, że właściwie mi wykrakał. Nie jestem zwolennikiem spiskowej teorii dziejów. Ale coś może być na rzeczy. Zwłaszcza, że pewien znany i porządny działacz PiS też mi powiedział: - Panie Januszu, pan kiedyś będzie musiał za to beknąć”.

Wtedy ci zarzucano, że jesteś taki łagodny i miękki w tych swoich rozmowach. Że na przykład „Kość niezgody” nie stoi kością w gardle, a powinna czasami.
Nawet krąży o mnie taka anegdota, że kolega X, bardzo mądry dziennikarz, zadaje bardzo rozwlekle pytania, a Trus nie tylko rozwlekle pyta ale też rozwlekle odpowiada. No dobrze, tak miałem. Nawet rodzina ze mną walczyła. Może fachowcom to moje prowadzenie nie zawsze się podobało, ale od telewidzów otrzymywałem inne sygnały. Często słyszałem: Pan mówi do nas, panie Trus. Ale czasami kiedy sam oglądałem swój program, to milczałem, widząc jak na wizji nawijałem.

Oglądasz teraz narodową telewizję?
Do niedawna patrzyłem na nią z wielkim smutkiem. Ale przestałem oglądać, kiedy usłyszałem, że Donald Tusk jest produktem ulepionym przez komunistyczne służby. No, ja w tej telewizji już nie jedno widziałem. Ona była zawsze upartyjniona, ale teraz poszła o jeden most za daleko. Mnie jednak coś innego martwi, to, że z gdańskiej telewizji odchodzą świetni dziennikarze, którzy byli solą tego ośrodka, jak Marek Wałuszko, wcześniejszy dziennikarz i dyrektor, a także kilka innych osób, których nazwisk bez ich upoważnienia nie chcę wymieniać.

A co z polityką? Kiedyś usłyszałam jak mówiłeś, że gdybyś chciał, to mógłbyś zostać senatorem.
Matko Boska i ja tak mówiłem?

Nie ciągniesz w tę stronę?
To mnie ciągną. I kto wie. Jarosław Kaczyński mówi, że trzeba brać sprawy w swoje ręce, że od wszystkich wymaga wielkiej aktywności. A ponieważ to wybitny polityk jest, więc słucham go uważnie. I jeśli będą propozycje, to je rozważę. Niczego nie wykluczam. Jestem młodym człowiekiem, mam dopiero 67 lat.

Telewizja w twoim przypadku to rozstania i powroty. Tak się złożyło, że obecna dyrektor ośrodka Joanna Strzemieczna-Rozen raz cię zwolniła już z pracy, a teraz odszedłeś sam. Chciałbyś jeszcze kiedyś wrócić do telewizji?
Nie tylko chciałbym, ale jestem pewny, że wrócę. Wszystko jest kwestią czasu. Byli już politycy, którzy uważali, że nie mają z kim przegrać. I przegrali. Teraz też są tacy. A ja znam życie i wiem, że jeszcze tu wrócę.

Janusz Trus
Absolwent Wydziału Prawa i Administracji UG. W zawodzie dziennikarskim od 1978 roku. Autor ogólnopolskich audycji cyklicznych: „Prawo prawa” w TVP1, „Cienie życia” w TVP2 i z „Wałęsą na rybach” oraz cyklicznych programów lokalnych: „Kość niezgody”, „Rozmowy o nadziei”, „Gość tygodnia”, „Sam na sam z Trusem” i „Bez cięcia”. Przez dwa lata pracował w III programie Polskiego Radia, współpracował też z Radiem Gdańsk. W rankingach oglądalności jego programy zajmowały czołowe miejsca. W kwietniu zwolnił się z pracy i odszedł na emeryturę.

Rozmawiała: Ryszarda Wojciechowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.