Jak Santa Maria stała się Z-2036 [ZDJĘCIA]

Czytaj dalej
Fot. Archiwum rodzinne Zygmunta Tuszyńskiego
Barbara Szczepuła

Jak Santa Maria stała się Z-2036 [ZDJĘCIA]

Barbara Szczepuła

W 1944 płyniemy do Berlina z ładunkiem cukru. Na Szprewie - pod bombami - czekamy na rozładunek barki - opowiada Zygmunt Tuszyński, syn i wnuk szyprów.

Całe życie toczyło się na wodzie, na rzekach, kanałach, śluzach, na zimowiskach, czyli akwatoriach, gdzie barki stawały w grudniu i czekały wiosny, by w marcu, gdy tylko puszczały lody znów wyruszyć na rzeki i kanały. Jakiż piękny był ten czas, gdy na brzegach zieleniły się pola i łąki, drzewa wypuszczały liście, dzikie kaczki zrywały się z wody z trzepotem skrzydeł, a barka sunęła majestatycznie pośród zmieniającego się krajobrazu.

Dzieci żegnały się wtedy ze szkołą i musiały uczyć się same. Czasem pomagał ojciec lub matka, niekiedy starsze rodzeństwo. Najgorzej było z matematyką. Jak się czegoś nie zrozumiało, powstawała luka nie do nadrobienia, nie miał kto wytłumaczyć, czasem i z polskim bywały kłopoty, bo Feliks Tuszyński, ojciec Zygmunta, choć Polak, uczył się pod zaborem w niemieckiej szkole i nie zawsze mógł pomóc. Lekcjami trzeba się było zajmować w dzień, bo na barce świeciła tylko lampa naftowa, umocowana tak, by nafta się broń Boże nie wylała podczas przechyłów i wstrząsów. Wszystkie meble były przymocowane do ścian lub do podłogi, więc można było jeść kolację bez obawy, że stół odjedzie nagle na drugi koniec kajuty. Pomieszczenia mieszkalne były niewielkie, żałowano na nie miejsca, bo im więcej barka wiozła cukru, węgla czy zboża, tym więcej grosza zostawało w rodzinie.

Woziło się różne towary, przeważnie właśnie cukier z Kujaw do Wolnego Miasta Gdańska albo zboże, które potem statkami płynęło dalej w świat. Barka docierała też do Szczecina, który wtedy nazywał się Stettin. Wiozła ze Śląska węgiel, a z powrotem transportowała rudę. Do Berlina zwykle ze zbożem płynęła, a czasem docierała aż do Francji. Z rzadka zdarzał się kurs na wschód, aż hen, na pińskie błota.

Barka była własnością Feliksa Tuszyńskiego, ojca Zygmunta, szypra z dziada pradziada. Feliks, jak wszystkie dzieci szyprów urodził się na barce w Nowem nad Wisłą. Podczas pierwszej wojny światowej jako poddany cesarza Wilhelma II służył na U-Bootach i za bohaterstwo na Atlantyku dostał krzyż żelazny, bo to dzięki jego przytomności i sprytowi udało się po zaginięciu kapitana wyprowadzić okręt spod angielskiego ostrzału.

Po wojnie pływał na statkach handlowych po wodach Ameryki Południowej, stał się obywatelem świata, opanował dwa nowe języki, a mianowicie hiszpański i angielski, ale w 1922 roku wrócił do Europy. Przez rok pływał barkami po Renie. Dobrze się tam czuł, ale gdy zmarł ojciec Feliksa i matka została na barce z małymi dziećmi, wezwano go na pomoc. Pływał z nią kilka lat, czekając aż podrośnie młodszy brat Józef, który miał przejąć barkę ojca.

***

Na zimowisku Feliks poznał Franciszkę Engelhardt, córkę szypra z Grudziądza. Ślub z nią wziął w 1926 roku w kościele świętego Mikołaja w Gdańsku. Na barce teścia wyprawiono huczne wesele, ładownię pod pokładem udekorowano i zmieniono w salą balową z jadalnią. Zmieściło się mnóstwo gości, przeważnie szyprowie z rodzinami, nawet orkiestra przygrywająca do tańca złożona była z barkarzy.

Barka Aleksandra Engelhardta, teścia Feliksa, nazywała się Patria. Była duża i elegancko wyposażona. Na zdjęciach widać Engelhardtów siedzących w salonie nad tacą pełną ciastek, na innym Maria Engelhardt stoi przy westfalce, na ścianach wiszą kubki i młynek do kawy, ot zwykła domowa scena, dzień jak co dzień, zaraz mąż zajrzy i powie, że chciałby się napić czegoś gorącego. Wnuk Marii, Zygmunt, opowiada mi, że często jadano ryby, pyszne, jeszcze dziś na ich wspomnienie leci ślinka. Rzeki wtedy jeszcze były czyste, ryb w nich nie brakowało. Łapało się na wędkę szczupaki, liny, leszcze, okonie… Wspomina też zabawy drewnianymi barkami wystruganymi przez tatę. Załadowywał je i rozładowywał, przeprowadzał przez śluzy i ratował przed zatopieniem podczas burzy. Dzieci szyprów od maleńkości pomagały rodzicom, chłopcy sposobili się do pracy na pokładzie .

Barkę, na której się urodził i dorastał Zygmunt, ojciec kupił w Hamburgu. Nazwał ją Santa Maria, tak właśnie jak legendarny żaglowiec Krzysztofa Kolumba, największy z jego statków podczas pierwszej wyprawy w poszukiwaniu drogi do Indii. Kupił ją z drugiej ręki, bez górnego pokładu, z pomocą braci wyremontował i przystosował do swoich potrzeb. Znał wszystkich szyprów w Europie, wszystkie rzeki i kanały, wszędzie miał przyjaciół. Z czasem zaczął dorabiać sprowadzaniem barek z Niemiec, wyszukał między innymi barkę Vega dla swego najmłodszego brata Bernarda.

***

Pracowite życie płynie jak woda w rzece, raz wolniej raz szybciej, raz świeci słońce, kiedy indziej wieje wiatr. Czas przyspiesza we wrześniu 1939 roku. Gestapowcy szukają Feliksa Tuszyńskiego w Gdańsku za to, że należy do Związku Polaków, udaje mu się uniknąć ich łap, ale Santa Maria, która akurat cumowała w Toruniu mocno ucierpiała, gdy wysadzano most na Wiśle.

Brat Feliksa, Janek, walczył nad Bzurą. Rodzina nigdy nie odnajdzie jego ciała, nie dowie się, jak zginął. Siostra Klara pobita przez Niemców zmarła w szpitalu w Bydgoszczy. Wujek Leon Droszyński, działacz Polonii w WMG, który dziś ma swoją ulicę w Oliwie, zginął w obozie koncentracyjnym w Dachau. Dwie kuzynki zostały zamordowane w Stutthofie.

***

Właściciele barek, żeby przeżyć i utrzymać rodziny, muszą pracować dla okupanta. Santa Maria znów wozi cukier i zboże z Kujaw do Berlina, wozi płyty betonowe, z których Niemcy budują schrony dla Kriegsmarine na Oksywiu, z pancernika Gneisenau uszkodzonego podczas bombardowań brytyjskich w Kilonii i przeholowanego do Gdyni dźwigi przeładowują na barkę Santa Maria działa i bomby głębinowe. Feliks Tuszyński wiezie je do Koenigsberga.

W 1944 roku znów płyną do Berlina z cukrem. Na Szprewie czekają na rozładunek. Dzień i noc trwają bombardowania. Barka jest już rozładowana, mają odpływać, gdy nadlatuje kolejna fala bombowców. - Do schronu! - krzyczy ktoś. Zeskakują z barki i pędzą na drugą stronę ulicy. Dwaj mężczyźni z opaskami z literą P śmieją się: - Patrz, jak Szwaby wieją!

- Jakie Szwaby! - oburza się Feliks Tuszyński. - Polacy jak i wy…

Mały Zygmunt wyrywa się: - Nie chcę umierać! Zawraca, wskakuje na pokład, za nim siostra i rodzice. W tym momencie bomby trafiają w kamienice, pod którymi znajdował się schron.

Giną wszyscy, którzy tam się schowali. Około czterystu osób.

Barka jest cała.

***

W 1945 roku Ruscy dopadli w Berlinie wujka Józefa Tuszyńskiego. Miasto płonęło. - Józef miał tę swoją piękną bareczkę, którą ojciec swego czasu kupił mu w Niemczech - opowiada mi pan Zygmunt. - Na barce żona Józefa i czworo dzieci, najmłodszy, Edzio miał czternaście dni. - Wynocha! - krzyczą sołdaci, ale jednak okazali serce. Rzucili na brzeg poduszkę, żeby Edzia było czym przykryć. Józef z żoną i czworgiem dzieci szli pieszo aż do Poznania. Tam udało im się wcisnąć do pociągu towarowego. Barkę Józefa Ruscy eksploatowali latami w NRD. Ostatni raz zobaczył ją w 1950 roku na brzegu Odry. Nadawała się tylko na złom.

Barkę wuja Bernarda Tuszyńskiego zatopiły samoloty alianckie gdzieś koło Kienitz. Inną, zdobyczną, dopłynął z rodziną do Kostrzyna nad Odrą. Natknął się na Rosjan: - Zatrzymaj ją jak chcesz - powiedzieli, bo akurat byli w dobrym nastroju, pewnie po kilku szklaneczkach bimbru. Tą niemiecką barką pływał Bernard Tuszyński po rzekach i kanałach aż do śmierci.

***

A co się stało z Feliksem, jego żoną i dziećmi?

W zimie 1945 roku barka cudownie uratowana spod bomb alianckich w Berlinie zimuje przy śluzie na Noteci w Łabiszynie pod Bydgoszczą. Zygmuś zdaje egzamin do czwartej klasy. Idzie do szkoły. Chce ją jak najszybciej skończyć, by pływać z ojcem barką. Mieszka u ciotki na stancji.

Nie napływał się, bo nowy system nie tolerował własności prywatnej. W 1951 roku barki szyprom zabrano.

- To było złodziejstwo w biały dzień - denerwuje się w sześćdziesiąt sześć lat później Zygmunt Tuszyński. - Ukradziono nam dom i warsztat pracy!

Władza ludowa i tak okazała łaskawość, bo zostawiła właścicieli na upaństwowionych barkach. Nie byli już szyprami, ale kierownikami. Barka straciła też swoje piękne imię Santa Maria i nazywała się teraz Z-2036.

Tuszyński mimo wszystko się nie poddawał, pracował jak dawniej, woził towary tam i z powrotem. W kilka lat później uznano, że barkę należy już wyłączyć z eksploatacji i Feliksa Tuszyńskiego wysłano na emeryturę. Wtedy się załamał. Musi opuścić barkę? Tylko nie to… Nie umiał żyć na lądzie. Zmarł na zawał w 1960 roku. Franciszka Tuszyńska ze swoją matką przemieszkiwały jeszcze przez jakiś czas na Z-2036 stojącej smętnie na zimowisku na Szafarni w Gdańsku, ale w końcu i one musiały ją opuścić.

***

Zygmunt odsłużył wojsko i zaczął pływać na holownikach w porcie gdańskim. Ale to już było zupełnie inne życie. Osiadłe.

***

- Nigdy nie otrzymałem żadnego zadośćuczynienia za zabrany nam majątek - denerwuje się. - Proszę spojrzeć na to pismo: „Nie istnieją podstawy prawne do wypłacenia odszkodowania. (…) Dekret z 1955 roku zachował do dziś moc prawną”. Dekret jest z 1955 roku, a nam zabrano barkę cztery lata wcześniej! Na zakończenie powiem pani coś śmiesznego. Moja siostra Maria, współwłaścicielka połowy barki Santa Maria, czyli Z-2036, wyemigrowała z mężem do RFN. I tam dostała od Niemców odszkodowanie za barkę zabraną przez polskie komunistyczne władze!
b.szczepula@prasa.gda.pl

Barbara Szczepuła

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.