Jak komunistyczna bezpieka zwalczała UFO i świecącą wieżę kościelną

Czytaj dalej
Anita Czupryn

Jak komunistyczna bezpieka zwalczała UFO i świecącą wieżę kościelną

Anita Czupryn

Zjawiska paranormalne,rzekome objawienia, duchy, cudowne uzdrowienia, w końcu UFO. Tym wszystkim w PRL stale interesowała się Służba Bezpieczeństwa

Dla ludzi żyjących w czasach totalitarnego reżimu w Polsce było oczywiste, że nawet wiara w zjawiska nadprzyrodzone może być dla władz groźna. I że może być uznana na przykład za akt nieposłuszeństwa godzący w socjalistyczną gospodarkę. Stąd też tych, którzy ośmielili się dzielić informacjami na temat cudów, zjawisk wykraczających poza rozum oskarżano o wzniecanie fanatyzmu religijnego przez rozpowszechnianie fałszywych, wywrotowych wiadomości - a cuda w pojęciu władz zawsze były „rzekome”.

Jak aparat bezpieczeństwa w PRL sobie z tym radził? Po pierwsze, przez powszechną inwigilację. Dopuszczali się nawet takich praktyk, aby czytać prywatne listy obywateli. Niby nie było przepisu, który by pozwalał esbekom otwierać prywatne listy, jednak - w tajemnicy - tak zwana perlustracja, czyli przeglądanie cudzej korespondencji, kwitła w PRL na potęgę. Na podstawie informacji zebranych z przeczytanych listów esbecy zatrzymywali i aresztowali ludzi, którzy ośmielili się w listach do rodziny pisać na przykład o cudach uzdrowienia. Powołano specjalne Biuro „W”, którego funkcjonariusze przejmowali korespondencję albo od listonoszy, albo z sortowni. Na pocztach pracowali oficerowie SB na niejawnych etatach bądź tajni współpracownicy zwerbowani przez esbecję za pieniądze. Mimo że większość pracowników poczty musiała wiedzieć, o co chodzi, to bardzo dbano o to, aby ten proceder nie wyszedł na jaw. Nie czytano wszystkich listów, wybierano je losowo, ale liczby i tak są imponujące - statystyki podają, że w ciągu siedmiu miesięcy pomiędzy 1944 a 1945 r. UB przeczytał prawie półtora miliona listów. A to dopiero początek. W latach 60. było ich już 5 mln rocznie. Najwięcej w czasach stanu wojennego - permanentna inwigilacja doprowadziła do tego, że w 1982 r. esbecy znali treść 82 mln listów, co stanowiło 15 proc. ogółu wysyłanej wtedy korespondencji.

Reżimowe władze trzymały rękę na pulsie, jeśli chodzi o każdą dziedzinę i przejaw życia społecznego. Dzięki temu zdobywano nie tylko wiedzę, ale też dowody do szantażów, za pomocą których, na przykład, zmuszano do współpracy oraz - jak to już zostało powiedziane - dokonywano zatrzymań i aresztowań. Inne metody przyjmowano w sytuacji na przykład objawień Matki Bożej czy religijnych cudów. A tych zdarzało się w tamtych czasach nad podziw wiele. Jak na przykład objawienie Matki Boskiej na wieży kościoła św. Augustyna na warszawskim Muranowie, który jako jedna z niewielu budowli na terenie byłego getta ostał się po II wojnie światowej. Zdjęcie kościoła w morzu ruin obiegło przecież cały świat, wtedy też zrodziła się legenda o cudownie ocalałej świątyni, podsycając wiarę w cuda.

Informację o tym, że coś się dzieje, że przed kościołem zbiera się tłum, przekazał dyżurnemu Komendy Stołecznej Milicji wojskowy. Milicjant zawiadomił komendę wojewódzką. W iście błyskawicznym tempie utworzono sztab kryzysowy składający się z funkcjonariuszy odpowiedzialnych za zwalczanie opozycji i zwalczanie Kościoła, którym towarzyszyło kierownictwo komendy. Tak narodziła się tajna operacja o kryptonimie „Wieża”. Już kilka godzin od meldunku zaczęto realizować plan: trzeba pomalować wieżę, porozmawiać z proboszczem kościoła i opracować zabezpieczenia. Nawet kolor farby, którą miano pomalować wieżę, nie był przypadkowy - chodziło przecież o utrzymanie spokoju wśród społeczeństwa. Ulice Muranowa zostały obstawione przez szpicli, a nieoznakowane auto SB wspierał milicyjny radiowóz, który krążył po dzielnicy. Już na drugi dzień rozpoczęto malowanie wieży. Sprawnie, ale po cichu. Procedury były ustalone, esbecy zyskali przecież doświadczenie już wiele lat wcześniej, kiedy to w 1959 r. po raz pierwszy na wieży objawiła się Matka Boża. Jak opowiadali świadkowie, 7 października ukazała się świetlista postać Matki Boskiej Muranowskiej Współczującej Miłosiernej, a potem widziano ją jeszcze przez 20 dni. Wydarzenia ściągały na Nowolipki tłumy wiernych, blokowały się ulice, milicjanci musieli kierować ruchem. Wiadomo było, że coś takiego nie jest na rękę ówczesnej władzy. Zwłaszcza że rozmodlony tłum rósł w siłę, śpiewając: „My chcemy Boga w książce, w szkole”. Warszawska kuria wydała nawet oficjalny komunikat, że to nie cud, tylko zjawiska naturalne, ale wierni wiedzieli swoje. Nic więc dziwnego, że tłum z dnia na dzień potężniał, wzbogacony o pielgrzymów z całego kraju. A jakby tego było mało, pod kościół przyjeżdżały auta zachodnich dyplomatów, między innymi z USA i Izraela.

Już wtedy, w 1959 r., milicja próbowała przeganiać rosnące tłumy, najbardziej obawiano się, że do Warszawy ściągną pielgrzymi ze Śląska. Zainstalowano nawet reflektory, których zadaniem było odbijać poświatę z wieży, ale nic to nie dało - dziennie nawet 35 tys. ludzi przyjeżdżało obejrzeć cud. Wówczas przemalowanie wieży nic nie dało - deszcz zmył farbę, co tylko spotęgowało wiarę w moc nadprzyrodzoną, która nie poddaje się esbecji.

Dalej dowiesz się:

- jak esbecy "walczyli" z objawieniami i cudami

- jak służby reagowały na UFO

Pozostało jeszcze 72% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.