rozmawiała Dorota Abramowicz

Historia znaleziona na śmietniku

Marek Knoblauch prezentuje fotografie dwóch żołnierzy antykomunistycznego podziemia. Autor zdjęcia już nie żyje. Czy uda się ustalić tożsamość sfoto Fot. Dorota Abramowicz Marek Knoblauch prezentuje fotografie dwóch żołnierzy antykomunistycznego podziemia. Autor zdjęcia już nie żyje. Czy uda się ustalić tożsamość sfotografowanych?
rozmawiała Dorota Abramowicz

Pamiątki rodzinne po zmarłych krewnych, które z niewiedzy, nonszalancji, roztargnienia lądują na tzw. wystawkach, to nieocenione źródło wiedzy historycznej. Szanujmy je i chrońmy. Rozmowa ze Zbigniewem Okuniewskim, wiceprezesem Towarzystwa Przyjaciół Sopotu, i Markiem Knoblauchem, sopockim kolekcjonerem.

Kiedy odchodzi człowiek, zostaje po nim pamięć i rzeczy - książki, zdjęcia, dokumenty. Jaki je czeka los?

Zbigniew Okuniewski: W najlepszym przypadku są przekazane następnym pokoleniom, które dzięki temu zachowują pamięć o historii rodziny, rodzinnego miasta, a nawet kraju. Bywa jednak, że z niewiedzy, nonszalancji, roztargnienia lądują na śmietniku lub tzw. wystawkach. Trafia tam masa dokumentów i zdjęć, przeważnie niepodpisanych. Młodzi zapomnieli się spytać dziadka lub babci, kto na nich jest, uważają, że są to rzeczy niezwiązane z rodziną. I wyrzucają je, nawet nie przeglądając, zamiast nawiązać kontakt z osobami, które mogą im pomóc. Członkami różnych stowarzyszeń, organizacji, kolekcjonerami. Kimś takim jak my.

Co można znaleźć na śmietniku?

Z.O.: Mnóstwo cennych rzeczy. Przed kilkoma laty dwóch młodych ludzi na wystawce w Gdyni znalazło Krzyż Walecznych wraz z legitymacją. Czyli z pełnym dowodem, bo krzyż jest numerowany, a legitymacja imienna. Była to osoba, która wróciła do Polski po 1945 r., a w czasie wojny walczyła w okolicach Kocka. Mimo coraz większej świadomości historycznej ludzi takich przypadków jest sporo. Ostatnio rodziny wyrzucają pamiątki po Solidarności: ulotki, zdjęcia, dokumenty. Na śmietniku na przykład wylądowała duża matryca gipsowa, zapakowana zresztą w stary „Dziennik Bałtycki”, służąca do powielania plakatów informujących o I Igrzyskach Solidarności z 1990 r.

Gdzie był ten śmietnik?

Z.O.: Na gdańskim Przymorzu. Kiedyś w tej dzielnicy była masa formierni, w których wykonywano formy odlewnicze. Większe formy ktoś wrzucił, rozbijając, do dużego kontenera. Zachowały się dwie mniejsze, związane z Solidarnością. Jedna z igrzyskami, druga przedstawia Lecha Wałęsę. Być może osoba, która miała się ich pozbyć, czuła większy szacunek do tamtego okresu historycznego, bo odstawiła je, opierając o śmietnik.

Co z tym można było zrobić?

Osobiście przekazałem do Europejskiego Centrum Solidarności całe archiwum mego ojca, zaapelowałem też do znajomych, by również tak zrobili. Dzięki temu dostałem od przyjaciela karton z dokumentacją Solidarności Walczącej, przechowany przez babcię.

Okres Solidarności to jeszcze w miarę „młoda” historia. Czy na śmieci wyrzuca się także rzeczy starsze?

Z.O.: Oczywiście, a dominują wśród nich stare fotografie. Ich wiek poznajemy jedynie na podstawie wyglądu budynków, zabytkowych samochodów, strojów z epoki, mundurów, np. z czasów I wojny światowej. Szkoda, że tak często umykają nam informacje, przekazywane przez starszych członków rodziny. Nie zapisujemy na odwrocie zdjęcia miejsc i nazwiska ludzi tam uwiecznionych, a potem jest za późno.

M.K.: - Mój przykład dowodzi, że może się to zdarzyć każdemu. Przed laty pewien sędziwy sopocianin udostępnił mi stary negatyw filmu. Poprosiłem znajomego muzealnika o zrobienie odbitek i w efekcie uzyskałem świetnej jakości fotografie z drugiej połowy lat 40. XX w., przedstawiające uzbrojonych mężczyzn. Młodszego, stojącego prawdopodobnie nad brzegiem rzeki i starszego, zapewne wyższego rangą, trzymającego w ręku karabin wyrzutowy sten. Ów sopocianin opowiadał, że walczył w partyzantce Armii Krajowej, a po 1945 r. pozostał w oddziale, który toczył walki z komunistyczną władzą. I wtedy właśnie robił zdjęcia swoim kolegom - żołnierzom wyklętym. Zawsze staram się robić notatki podczas takich spotkań, ale wówczas jakoś mi to umknęło. I teraz, gdy wróciłem do tamtych zdjęć, okazało się, że ich autor już nie żyje. Próbuję więc sam uzupełnić tę historię. Na szczęście mam kontakt z panem Kazimierzem Krajewskim z IPN, autorem książek o żołnierzach wyklętych. Przekażę mu fotografie, może uda mu się zidentyfikować obu mężczyzn.

Czy to jest w ogóle możliwe?

M.K.: Jakiś czas temu pozyskałem zdjęcia małego formatu wykonane na ziemi wileńskiej. Na jednym z nich, przedstawiającym samotną mogiłę, udało mi się przez lupę odczytać częściowo napis na tabliczce na krzyżu. Był tam jedynie pseudonim Szerszeń i symbol oddziału. Zadzwoniłem do pana Krajewskiego, człowieka o ogromnej wiedzy, i po krótkiej rozmowie znałem już cały życiorys pochowanego tam żołnierza. Tamte zdjęcia trafiły do zbiorów IPN, te też tam się znajdą i być może zostaną rozszyfrowane.

Z.O.: Naszym problemem jest czas. Odchodzą ostatni świadkowie, a wraz z nimi pamięć o wydarzeniach, datach, nazwiskach. Dziś możemy liczyć jedynie na pomoc ludzi, którzy zajmują się od lat konkretną problematyką. Dzięki ich wiedzy, umiejętności kojarzenia twarzy udaje się rozwiązać tajemnicę. Czasami jest to umiejętność niezwykła. Na jednej ze znalezionych przeze mnie fotografii uwieczniono kilku żołnierzy, wśród których stał mężczyzna w stopniu pułkownika. Pokazałem zdjęcie takiemu fachowcowi, a on mówi - tego nie znam, tego też nie, ale w czasie, gdy robiono to ujęcie, pułkowników nie było zbyt wielu. I podaje nazwisko. I od tej chwili mamy już punkt zaczepienia, dzięki któremu historia zaczyna się układać w spójną całość, wiemy, gdzie i kiedy zrobiono zdjęcie, identyfikujemy pozostałe osoby. Niestety, bardzo rzadko dochodzi do sytuacji, gdy rodzina przekazuje do opracowania historykom kompletny zbiór dokumentów i zdjęć po bliskim zmarłym.

Nie każdemu przychodzi do głowy, że życiorys dziadka wart jest ich pracy...

Z.O.: A szkoda. Ostatnio spotkałem się tylko z jednym takim przypadkiem, i to nie w Trójmieście, ale w Krakowie. Córka jednego z wybitniejszych oficerów okresu przedwojennego, więźnia sowieckiego łagru, a potem oficera II Korpusu Polskiego przekazała mojemu koledze z Muzeum Spraw Wojskowych jego pamiętnik, zdjęcia oraz komplet dokumentów. To naprawdę rzadkość, gdy dostaje się pełną spuściznę po żołnierzu ostatniej wojny. Te rzeczy najczęściej ulegają rozproszeniu. Często podczas przeprowadzek, gdy - zwłaszcza tuż po wojnie, w trakcie repatriacji - zabierano ze sobą najcenniejsze dokumenty. Obecnie zresztą trwa akcja odzyskiwania poloników z dawnych Kresów. Litwini i Ukraińcy, niezwiązani emocjonalnie ze starymi zdjęciami, odznakami, częściami umundurowania, uzbrojenia wystawiają je na tamtejszych portalach internetowych. Dzięki takim akcjom, przy pomocy instytucji państwowych, udało się legalnie sprowadzić modele eksperymentalnej, polskiej amunicji. Jest to dla nas ogromne źródło wiedzy na temat przedwojennej polskiej techniki.

M.K.: - Wracając do rzeczy cennych, z których wartości nie zdają sobie sprawy spadkobiercy, warto opowiedzieć o historii związanej z zaginionym w czasie wojny obrazem Piotra Stachiewicza z 1889 r. „Błogosławieństwo kosynierów przed wyprawą”. Stachiewicz był żyjącym na przełomie XIX i XX w. malarzem, który m.in. tworzył ilustracje do „Quo vadis” Sienkiewicza, wierszy Adama Mickiewicza i Marii Konopnickiej. Był też znany z przedwojennych patriotycznych widokówek - reprodukcji jego obrazów. Po „Błogosławieństwie” pozostały jedynie takie czarno-białe pocztówki, jedną z nich mam w swojej kolekcji. I oto niedawno odwiedziłem pewne mieszkanie w Gdyni, by u znajomego kolekcjonera obejrzeć stare fotografie. Nagle zauważyłem na ścianie akwarelkę, która wydała mi się znajoma. Te same postacie klęczących kosynierów, ten sam kościół w tle, co w zaginionym obrazie Stachiewicza! Okazało się, że akwarela sygnowana była nazwiskiem Stachiewicz, obok widniała data 1889 r. Jest więc wielce prawdopodobne, że był to pierwszy szkic do zaginionego, olejnego obrazu. I jedyny wiarygodny ślad, jakich kolorów przy jego malowaniu mógł użyć twórca.

Jak ten obraz znalazł się w gdyńskim mieszkaniu?

M.K.: Właściciel odziedziczył go po zmarłej ciotce. Z tego, co ustaliłem, akwarela była jeszcze przed wojną własnością rodziny pochodzącej z Wielkopolski. I albo kupił go dziadek gospodarza, albo jego prababcia. Tak czy inaczej nikt z rodziny nie zdawał sobie wcześniej sprawy ze związków akwareli z poszukiwanym od kilkudziesięciu lat obrazem.

Przed dziewięcioma laty jeszcze większą sensacją było odnalezienie na strychu jednego z sopockich domów nieznanych wierszy i listów młodopolskiego poety Kazimierza Przerwy Tetmajera. To była kwestia szczęścia czy doświadczenia?

Z.O.: Przede wszystkim szczęścia, ale także doświadczenia, które nakazuje każdą rzecz dokładnie sprawdzić. Sekcja Historyczno-Eksploracyjna Towarzystwa Przyjaciół Sopotu szukała niemieckich zdjęć i dokumentów z czasów II wojny światowej. Podczas prezentacji odnalezionych pamiątek pewne starsze małżeństwo z Sopotu poprosiło mnie, bym przejrzał strych ich domu. W zapomnianym kartonie znalazłem stary pamiętnik. Potrząsnąłem nim i wtedy wypadły stare fotografie, wizytówki i zapełnione ręcznym pismem kartki, podpisane przez Tetmajera oraz rysunek Styki, przedstawiający małego chłopca. Na zdjęciach można było zobaczyć Marię Konopnicką, Kazimierę Zawistowską, Marylę Wolską, Deotymę. Pamiętnik należał do zmarłej jeszcze przed wojną ciotki gospodarzy, która w czasach młodopolskich obracała się w środowisku młodopolskiej bohemy, i jak wynikało z listów, łączył ją z poetą płomienny romans.

Jak nazywała się ta pani?

Z.O.: Rodzina nie zgodziła się na ujawnienie nazwiska. Tak czy inaczej dobrze się stało, że tam weszliśmy. Coraz częściej zdarza się, że po byłych lokatorach zostają zapełnione rzeczami strychy, a następni mieszkańcy wyrzucają z nich wszystko, bez żadnej refleksji. Naprawdę bardzo rzadko zdarza się, by kontaktowano się z kimś takim jak my, prosząc o sprawdzenie, czy nie leży tam coś wartościowego.

Pozostaje więc grzebać w śmieciach?

M.K.: Bywa, że dzwonią znajomi, informując, że w dzielnicy jest tzw. wystawka. Często są to ludzie, którzy interesują się historią.

Z.O.: Kiedyś zadzwonił znajomy, pytając, czy chcę maszynę do palenia kawy. Rzuciłem, że tak, bardzo chętnie. I tak o godzinie trzeciej w nocy przyturlałem, za co bardzo przepraszam okolicznych mieszkańców, ważącą prawie 100 kilogramów niemiecką maszynę z lat 30. XX w. I tak zamiast na złom, maszyna prawdopodobnie trafi do jakiejś kawiarni. Koledze dziękuję za czujność.

rozmawiała Dorota Abramowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.