Monika Jankowska

Gdyńska lekarka poleciała na koniec świata i niosła pomoc potrzebującym

Gdyńska lekarka poleciała na koniec świata i niosła pomoc potrzebującym Fot. Archiwum prywatne
Monika Jankowska

Na co dzień pracuje w szpitalu św. Wincentego a Paulo w Gdyni oraz w Hospicjum św. Wawrzyńca. Pięć tygodni postanowiła jednak poświęcić pacjentom z egzotycznego Malawi.

Do wyjazdu namówili ją przyjaciele, którzy w Malawi są już od roku. Najpierw słyszała od nich: „a może do nas przyjedziesz, odwiedzisz nas”, potem zaczęli przekonywać ją do wolontariatu. Tak w Arletcie odżyły marzenia ze studiów. Kiedyś mówiła sobie „Jak skończę medycynę, pojadę na misję do Afryki”. Tego lata przyszedł czas na spełnienie marzeń. Na drugi koniec świata zawiozła ze sobą leki i aparaturę zakupioną z pieniędzy zebranych przez Polską Misję Medyczną.

W Malawi Arletta Chryścionko pracowała jako wolontariuszka w CURE Hospital oraz w Queen Elizabeth Hospital na oddziale pulmonologii. Uczestniczyła też w tzw. klinikach wyjazdowych - kiedy lekarze odwiedzali Malawijczyków w okolicznych wioskach. Tubylcy walczą tu przede wszystkim z HIV, gruźlicą i innymi chorobami układu oddechowego. Wielkim problemem jest też brak edukacji. Malawijczykom trzeba tłumaczyć, żeby pić tylko przegotowaną wodę albo, że warto używać mydła .

Co najbardziej zaskoczyło naszą lekarkę, kiedy dotarła na miejsce?

- Każdemu kojarzy się, że Afryka to przede wszystkim pustynia, Sahara, tony piasku. Ja wylądowałam, patrzę, a tam wszędzie zielono! Zielona trawa, zielone drzewa. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten krajobraz. Pewnego razu udaliśmy się nawet na plantację herbaty - mówi Arletta.

Lekarkę zaskoczyli także lokalni mieszkańcy. Okazało się, że to bardzo ciepli, sympatyczni ludzie.

- Często się uśmiechają. Idziesz ulicą, a oni mówią do ciebie „hello, how do you do - cześć, jak się masz”. My w Europie często gdzieś pędzimy, jesteśmy w ciągłym biegu. A od mieszkańców Malawi bije taki afrykański spokój - mówi lekarka.

Niestety mieszkańcy Malawi mają bardzo ograniczony dostęp do medycyny.

- To jeden z krajów, w których opieka medyczna jest na najniższym poziomie. Dostęp do leków jest niewielki, to, co jest, to mniej niż podstawa. Lekarzy jest tam niezwykle mało ( w rejonie, gdzie pracowała Arletta jest tylko jeden pulmonolog!), często opiekę nad chorymi pełnią felczerzy, nawet w dużych miastach. Są to jednak osoby niezwykle doświadczone. Byłam np. pod wielkim wrażeniem tego, jak rozpoznawali malarię - opowiada Arletta. - Czasem do najbliższego medyka trzeba jechać aż kilkadziesiąt kilometrów.

Za każdym pacjentem, z którym kontakt miała gdynianka, stoi osobna historia:

- Spotkałam np. młodego chłopaka, szesnastolatka. Miał podejrzenie białaczki. Jego rodziców nie było stać na wykonanie badań. To nie była kwestia tego, że nie ma komu tych badań zrobić. To kwestia tego, że pobrany szpik kostny trzeba wysłać do jedynego laboratorium, które znajduje się w stolicy. A to niestety kosztuje.

Jeszcze jedna smutna historia, która zapadła Arletcie w pamięci: - To była młoda dziewczyna, dwudziestokilkuletnia, w wysokiej ciąży i z ciężką astmą. Na już potrzebowała leków. Ale nie wszystkie miałyśmy przy sobie. Odliczyłyśmy więc - razem z zapoznaną na misji koleżanką z Wielkiej Brytanii - pieniądze wyjęte z naszych portmonetek i podzieliłyśmy na dwie części. Część miała być przeznaczona na lekarstwa, część - na dojazd do szpitala, kobieta bowiem nie mogła rodzić w domu, jak to zazwyczaj ma miejsce w Malawi.

Z kolei trzecia opowieść od razu wywołuje uśmiech na twarzy naszej lekarki. Podczas jednego z wyjazdów w teren spotkała bardzo wyjątkowego pacjenta. Chodzi o starszego pana, po siedemdziesiątce, prawdziwego rekordzistę, ponieważ średnia wieku w Malawi jest znacznie niższa.

- Kiedy tylko ten mężczyzna dowiedział się, że do jego wioski przyjeżdża klinika, postanowił odwiedzić kilku sąsiadów. Od jednego pożyczył marynarkę, od drugiego koszulę, ktoś inny dał mu spodnie. I tak oto przywitał mnie w eleganckim garniturze. W ten sposób okazał swój szacunek dla lekarza. Byłam bardzo wzruszona, a on niezwykle szczęśliwy - opowiada lekarka.

Dodaje też, że to na pewno nie jest jej ostani wyjazd do Malawi. Już snuje plany dotyczące przyszłorocznej podróży. Jak mówi, na początku jej rodzina nie dowierzała, że uda jej się wyjechać, ale w miarę szybko zaakceptowali ten pomysł.

- Nam się wydaje, że gdy wyjeżdża się na wolontariat do krajów trzeciego świata, to mieszka się w szałasie. Tymczasem wolontariusze mieszkają zazwyczaj w dużych miastach. Jest domek, jakieś mieszkanko, pokój, choć trzeba się przygotować, że może zabraknąć prądu, dlatego trzeba mieć ze sobą chociażby latarkę. Ale przecież na biwaku w Polsce jest tak samo - uśmiecha się gdyńska pulmonolog.

Każdy, kto chciałby wspomóc zakup kolejnych sprzętów medycznych, może przelać pieniądze na konto Polskiej Misji Medycznej. Szczegóły znajdziemy na www.pmm.org.pl.

Monika Jankowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.