Garliński: Państwo wydaje setki milionów złotych na najróżniejsze dziwne imprezy, a wystarczyłoby zorganizować czytelniczego sylwestra

Czytaj dalej
Anita Czupryn

Garliński: Państwo wydaje setki milionów złotych na najróżniejsze dziwne imprezy, a wystarczyłoby zorganizować czytelniczego sylwestra

Anita Czupryn

Pan prezydent Andrzej Duda mógłby również przez 52 tygodnie lub przez 12 miesięcy w roku polecać u siebie na profilu książki warte przeczytania. Tak mogliby robić również inni znani politycy. Czy to tak wiele? - mówi Marcin Garliński, prezes Muza S.A.

Z jednej strony Polacy nie czytają książek, ale z drugiej strony ktoś je jednak kupuje, bo wydawnictwa istnieją, rozwijają się i wciąż powstają nowe. Jak Pan wyjaśni ten fenomen?
Pytanie jest zbyt ogólne. W obrębie wszystkich branż następują wewnętrzne migracje - czyli ktoś rośnie, ktoś inny maleje, a bariera wejścia na rynek wydawniczy jest stosunkowo niewysoka. Wystarczy mieć kilkadziesiąt tysięcy złotych na wydanie książki, usługę dystrybucji z odpowiednim rabatem opłacić u dystrybutora, który posiada duże możliwości dystrybucyjne, i już się jest wydawcą. Ważne jest, moim zdaniem, aby patrzeć na cyfry globalne, czyli na wartość rynku. Ostatnie istotne jego obniżenie o około 10 procent nastąpiło w roku 2011 po wprowadzeniu 5-procentowego VAT-u na książki, które wcześniej były objęte stawką zerową. Natomiast ja wcale bym nie powiedział, że Polacy nie czytają. Po prostu na tle innych krajów europejskich, czytamy bardzo mało.

Ostatni raport Biblioteki Narodowej na temat czytelnictwa wskazuje, że w 2018 roku 63 procent Polaków nie przeczytało ani jednej książki. Mnie to przeraża.
Ta sytuacja nie zmienia się od wielu lat, więc gdybyśmy się tym przejmowali, to już dawno z tego przerażenia byśmy umarli. Bardziej chodzi tu o pytanie, co z tym robić, jak pójść do przodu. Nasi sąsiedzi z południa, Czesi, mają index reading na poziomie 80 procent i cenę książek znacząco wyższą, co im w żaden sposób nie przeszkadza w ich konsumpcji. Chodzi o tak zwane przyzwyczajenia czytelnicze, o czym wspomina każdy z raportów Biblioteki Narodowej. Aż 82 procent dzieci wychowujących się w środowiskach, które czytają, będzie czytać książki gdy dorośnie, ale tylko 5 procent dzieci wychowujących się w otoczeniu nieczytających będzie czytać w dorosłym wieku. Zatem, przyzwyczajenie czytelnicze jest drugą naturą przyszłego czytelnika.

Zastanawialiśmy się nawet w gronie przyjaciół - a wszyscy czytamy i na dodatek jeszcze kupujemy książki - czy wyniki badań Biblioteki Narodowej istotnie pokazują rzeczywistość czytelniczą? Bo może wcale nie jest z nami tak źle? Czy to tylko dzięki tym 37 procentom Polaków, którzy czytają książki i tym, którzy je kupują, wydawnictwa mogą istnieć i się rozwijać?
No pewnie, że dzięki tym ludziom! Ale nie powiedziałbym, że jest jakaś straszna bieda na rynku wydawniczym. Owszem, każdy rynek ma swoje problemy, z którymi musi sobie radzić, a łatwo nigdzie nie jest. Na rynku wydawniczym również. Patrzę jednak na to jak na społeczne zjawisko, które w pewnym momencie zacznie przeszkadzać nam w dalszym rozwoju. Bo dzisiaj na etapie znacząco tańszej siły roboczej niż w innych krajach europejskich oraz przy względnie niskiej zamożności społeczeństwa, w dużej mierze funkcjonujemy niestety jako wyrobnicy zagranicznej myśli technologicznej. Jeżeli nie zaczniemy zatem pracować nad zwiększeniem własnego kapitału intelektualnego, co wiąże się między innymi ze wzrostem czytelnictwa, to może się okazać, że tymi wyrobnikami pozostaniemy na długo. Jeżeli jako Polacy, chcemy zacząć grać rolę ludzi kreatywnych i twórczych, a nie odtwórczych, musimy zacząć czytać książki. Nie ma innej możliwości. Książka to podstawowe źródło pobudzania obszarów mózgu odpowiedzialnych za wyobraźnię, czyli również za kreatywność. Te obszary jeśli nie są odpowiednio często bodźcowanie, obumierają. Ostatnio w gronie kilkudziesięciu wydawców, realizując zupełnie podstawowe funkcje, które moim zdaniem powinno realizować państwo, powołaliśmy do życia Fundację Powszechnego Czytania. Umówiliśmy się, że nie będziemy wskazywać żadnych konkretnych książek do czytania, ale na wstępie działalności posłużymy się projektem, który został już zrealizowany w Stanach Zjednoczonych, przyniósł olbrzymie korzyści i miał wyłącznie pozytywne skutki.

Na czym polegał ten projekt?
Wszystko zaczęło się od pewnego pediatry w Bostonie. W pewnym momencie, mamom, które urodziły dziecko, zaczął przepisywać na receptach z witaminą D3 i innymi lekami 30 minut czytania dziecku, codziennie i to od chwili narodzin. Robił tak przez całe lata, aż po jakimś czasie, przy okazji analizy statystyk poziomu i jakości zdawanych egzaminów szkolnych, okazało się, że w jednym z okręgów w Bostonie występuje nadzwyczajnie wysoki poziom wyników egzaminów. Zaczęto dochodzić, jak to się stało, że akurat te dzieci są takie wybitne, i tak udało się dotrzeć do tego pediatry. Pediatra przepisywał rodzicom i dzieciom czytanie, żeby rodzice, będąc z dzieckiem i poświęcając mu czas, czytali mu książkę i aby dziecko czuło bliskość swoich rodziców. Jednym słowem jego intencją było zapewnienie prawidłowego rozwoju emocjonalnego dziecka. Finał był taki, że dzięki czytaniu następowało matrycowanie mózgu. Prawdopodobnie nieważne, czy we wczesnej fazie rozwoju dziecka czyta mu się instrukcję obsługi odkurzacza, mikrofalówki czy literaturę piękną. Samo czytanie przygotowuje struktury mózgowe, które w wyniku tego stają się coraz bardziej pojemne i mogą przyjmować coraz większe zasoby wiedzy. Prócz tego, dzięki czytaniu, wykształca się w dziecku nawyk czytelniczy - potem dziecko chętnie sięga po książki. Pomysł lekarza konwertowano na program narodowy i dziś w Stanach Zjednoczonych, oprócz tego, że przepisuje się na receptach książki - czyli zaleca się 30 minut czytania dziennie - to jeszcze książki się rozdaje. U nas też już na szczęście książki się rozdaje jako wyprawkę dla noworodka przy wypisie ze szpitala. Ale przecież tak naprawdę nie o to chodzi, aby rozdawać książki, tylko o to, aby w sposób, który byłby wiarygodny, pozwolić ludziom zrozumieć, że generowanie potrzeby czytania u najmłodszych to olbrzymia wartość i nieoceniony wkład w zapewnienie im lepszej przyszłości.

Wróćmy zatem do Fundacji Powszechnego Czytania.
Powołaliśmy tę fundację, a dwie duże gazety objęły nad nią patronat. Jesteśmy na etapie rozmów z pediatrami, osoby działające w fundacji zapraszane są do mediów i na kongresy pediatryczne. Akcję rozpoczęliśmy kilka miesięcy temu i sporo już udało się zrobić. Umówiliśmy się też, że nie będziemy polecali żadnych konkretnych tytułów, bo nie jest dla nas do końca istotne to, które książki będą kształtować przyzwyczajenia czytelnicze. Ważne, aby te przyzwyczajenia były kształtowane. A to, na bazie jakiej literatury będzie się to działo, jest kompletnie wtórne. Co może ludzi do tego przekonać? Tylko to, że badania naukowe dowodzą, że ich dzieci w przyszłości będą mądre. Cały problem w tym, że dziś ludzie nie potrafią sobie wyobrazić wprost, że czytanie książek może zwiększyć ich szansę na sukces na rynku pracy. Wciąż jesteśmy, mówiąc dobitnie, na etapie dorabiania się. Tak przeciętny Polak rozumie funkcję gospodarki wolnorynkowej i swój sukces życiowy. A proszę spojrzeć na to, co dzieje się w Europie - rządy większości europejskich państw dają gigantyczne pieniądze i wkładają ogromny wysiłek w to, żeby ludzie czytali. We Włoszech na przykład ulgę podatkową dostają ci, którzy rocznie kupią książki za minimum kilkaset euro. Niedawno ze swojej trasy po Niemczech wróciła Katarzyna Bonda. Powiedziała mi: „Nie mogę w to uwierzyć. W Niemczech na moje spotkanie autorskie wejściówka kosztuje 10 euro i się ludzie zabijają, żeby na nie wejść! Jak to jest możliwe?” Ano jest możliwe, bo wystarczy 70 procent ludzi czytających jedną książkę rocznie, aby rynek książki i jego uczestnicy postrzegani byli jako nadzwyczaj wartościowi, doceniani przez społeczeństwo i szanowani. I to nie przez pryzmat tego, jacy są wydawcy i jakie książki się ukazują, tylko przez pryzmat zwykłej potrzeby czytelniczej - spotkania z autorem na małym wieczornym tête-à-tête i posłuchania, co ma on do powiedzenia czytelnikowi.

Oprócz tego, że 63 procent Polaków nie przeczytało w ubiegłym roku ani jednej książki, to jeszcze 40 procent nie rozumie tego, co czyta.
Pamiętam wyniki badań z lat 90., które czytałem na studiach - że prawie 90 procent ludzi nie rozumiało jakiejś części informacji podawanych przez ówczesne „Wiadomości” w telewizji. Czym więc mam się czuć zaskoczony?

Jeśli dzwonią do mnie z banku z jakąś ofertą, to zawsze odpowiadam, że nie rozumiem, co się do mnie mówi przez telefon - taką mam przypadłość i nie percypuję.
(Śmiech). Szczerze mówiąc, ja już przestałem analizować szczegółowo badania Biblioteki Narodowej, bo niewiele nowego od lat z nich wynika. Nie zmienia to faktu, że są jednak nad wyraz przydatne. Państwo wydaje setki milionów złotych na najróżniejsze dziwne imprezy, a wystarczyłoby zorganizować na przykład czytelniczego sylwestra i zaprosić autorytety i celebrytów nawet niekoniecznie bezpośrednio związanych z literaturą. Ot tak, po prostu, żeby pokazać ludziom jak ważne jest czytanie książek.

Pozostało jeszcze 53% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.