rozm. Ryszarda Wojciechowska

Foltyn-Kubicka: Poranek zaczynam od kawy w kubku, który dostałam od Marylki

Hanna Fołtyn - Kubicka Fot. Tomasz Bolt/Polskapresse Hanna Fołtyn - Kubicka
rozm. Ryszarda Wojciechowska

Z Hanną Foltyn-Kubicką, wieloletnią przyjaciółką Marii i Lecha Kaczyńskich, rozmawia Ryszarda Wojciechowska.

Czy po siedmiu latach mniej boli? Bo Pani w katastrofie smoleńskiej straciła najlepszych przyjaciół - Marię i Lecha Kaczyńskich, prezydencką parę.

Mówi się, że czas robi swoje. Ja już zresztą nie płaczę, bo wszystkie łzy wypłakałam siedem lat temu. Ale codziennie o nich myślę. Każdy poranek zaczynam od kawy w kubku, który dostałam od Marylki. I myślę o tym, jak oni chętnie by do mnie przyjeżdżali. Oboje uwielbiali się gościć w takich skromnych domkach za lasem, jak mój. Byliby zachwyceni. Nie mogę jednak zakończyć tej żałoby.

Dlaczego?

Dlatego, że właściwie nie wiadomo, co się stało. Nie optuję za żadną teorią. Po prostu, tak po ludzku, chciałabym wiedzieć. Ale ówczesny polski rząd oddał śledztwo w ręce Rosjan, niekoniecznie naszych przyjaciół. Wrak do dzisiaj jest u nich i jeszcze pozwolono na jego większe zniszczenie. To chyba pierwsza w historii lotnictwa sytuacja, kiedy na oczach całego świata niszczy się dowód takiej tragedii. Więc nie mogę zakończyć żałoby. Niedawno przyjechała do mnie telewizja, żeby nakręcić materiał wspomnieniowy. Okazało się, że nadal trudno mi wracać do tych naszych, wspólnych zdjęć. Mam ich całe kartony. To dokumentacja naszej trzydziestoletniej przyjaźni. Niektóre zdjęcia są jeszcze na filmie, niewywołane. Ale nie mogę się psychicznie zmusić, żeby je wywołać, a potem posegregować, skatalogować. Oczywiście tę całą dokumentację odziedziczy kiedyś Marta.

A jak Pani obchodzi te rocznice?

Od kiedy się wyprowadziłam, jak mówię, za las, obchodzę je na swojej posesji. Teraz jestem osobą niepełnosprawną i wyprawa do Warszawy albo Krakowa to dla mnie ogromny wysiłek. Ale na swojej posesji mam maszt z polską flagą i każdego 10 kwietnia wieszam na niej kir. Postawiłam też w ogrodzie prywatny pomnik. To kaszubski głaz, rozłupany na pół, z epitafium. W miejscach publicznych, jak wiadomo, dzisiaj nie zawsze można stawiać pomniki, ale nikt mi nie zabroni postawić go we własnym ogródku. Z tym zresztą związana jest niesamowita historia. Pojechałam do jednej z kamieniarskich firm, żeby zamówić ten pomnik. Nie przedstawiałam się, a na pomniku miały być tylko imiona i daty, żadnych nazwisk. I ci Kaszubi, jak zorientowali się, o co chodzi, zadzwonili do mnie, mówiąc, że zrobią to za darmo. Mimo że koszt takiej roboty był spory. I tak zrobili. Ten ich gest bardzo mnie wzruszył. Teraz mam gdzie postawić świeczki i położyć kwiaty.

A epitafium jak brzmi?

To fragment wiersza Leszka Długosza: „Pamiętać, to znaczy być dalej twoim posłańcem”, a na drugiej części kamienia jest napis: Leszkowi i Marylce zmarłym 10 kwietnia 2010 z miłością Hanka i Jeremi. To wszystko.

Przy tej tragedii nie udaje się oddzielić uczuć od polityki.

Nie udaje się. Prawdę mówiąc nie śledzę prac podkomisji smoleńskiej. Czekam cierpliwie. I mam nadzieję, że za mojego życia doczekam się.

Ale czy Pani nie jest jednak pracami tej podkomisji trochę rozczarowana? PiS idąc do wyboru obiecywało, że szybko sprowadzi wrak, że będzie znana - jak mówiono - prawda o Smoleńsku.

Czuję pewien niedosyt, ale jak można Rosjanom wyrwać ten wrak? Zwłaszcza teraz, kiedy są pewne zaszłości także dyplomatyczne i polityczne. Nie mówiąc o tym, że nie mamy odpowiednich laboratoriów, aby te dowody badać. Jestem zadowolona, że teraz kilka zachodnich laboratoriów włącza się w te badania. I może uda się coś wyjaśnić.

A ekshumacje?

Nie jestem przeciwna ekshumacjom. Pod warunkiem, że rodziny się na to zgadzają. Bo jeśli się nie zgadzają, to trzeba uszanować ich wolę. Mam świadomość, że to potworne rozdrapywanie ran. Sama wiem, jak to boli, chociaż nie jestem rodziną. Ale ekshumacje osób, których rodziny wyraziły zgodę, powinny być przeprowadzone, ponieważ wcześniej mieliśmy do czynienia ze skandalicznymi pomyłkami, pomieszaniem rąk różnych osób, zamianą ciał itd. To świadczy o chaosie i niebywałej arogancji. A te opowieści pani Ewy Kopacz można między bajki włożyć.

Z tego politycznego wrzasku wokół 10 kwietnia można wysnuć przykrą tezę, że im mniej boli, tym bardziej dzieli. Co się stało, że tak bardzo nas ta katastrofa podzieliła?

Stało się to, że już wtedy ten hejt, choć tego słowa jeszcze wówczas nie używano, był reżyserowany przez tamtą stronę. A to, że my jako partia, obchodzimy w tej chwili rocznice, jest zrozumiałe. Zginęło 96 osób, prezydent i jego małżonka, ale też wielu wspaniałych ludzi z prawa i z lewa. Przecież w tym samolocie był kwiat narodu.

Często pojawia się taki zarzut, że PiS pamięta tylko o swoich.

To nieprawda. Bo ja należę do PiS, ale pamiętam również o innych ludzi. Często myślę o Izabeli Jarudze-Nowackiej, która była tak piękną kobietą, z wyjątkowym uśmiechem. Wspominam też innych, ludzi młodych, którzy zginęli. To był nasz największy dramat po wojnie.

I takie stwierdzenie nie dzieliłoby nas. Ale z prawej strony słychać, że to mógł być zamach i forsuje się tę teorię.

Powtarzam, nie wiemy, co się stało. I nie możemy odpuścić. W ciągu kilku sekund świat spadł nam na głowę. I co? Mamy powiedzieć, że nic się nie stało? Naszym moralnym obowiązkiem jest dochodzić prawdy. Tak, żeby raz na zawsze sprawę zamknąć. Żeby nie było jak z Katyniem, że sprawę wyjaśni się dopiero po kilkudziesięciu latach. Oczywiście Smoleńsk nie jest porównywalny z Katyniem, gdzie zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób od strzału w tył głowy. Ale tam też zginęła elita Polski. Ta pierwsza. A my potem przez lata nie mogliśmy tej elity odtworzyć. I kiedy nam się wreszcie udało, to nastąpiła ta tragedia. I teraz znowu musi wyrosnąć kilka pokoleń. Bo nie wystarczy tylko założyć frak, który - jak wiadomo - dopiero dobrze na człowieku leży w trzecim pokoleniu.

Pani już na politykę patrzy trochę z boku. Wszystko się Pani podoba w tym, co robi macierzysta partia?

Oczywiście, że nie wszystko. Żadna partia nie składa się z samych aniołów. Wiele rzeczy może zrobiłabym inaczej. Ale tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi. I to był właśnie błąd Platformy, która uwierzyła w swoją wielkość i pozwoliła się Polakom zająć swoimi sprawami. Okazało się jednak, że tak się nie da. Że państwo nie może istnieć teoretycznie. Że muszą być twarde zasady i przepisy, żeby państwo funkcjonowało dobrze. Generalnie więc jestem zadowolona.

Jest taki jeden obraz pary prezydenckiej w Pani w pamięci, który najczęściej się Pani przypomina?

To obraz z lat osiemdziesiątych. Spędzaliśmy razem Leszkiem i Marylką czas w małym domku mojej siostry, w Borach Tucholskich. Było piękne lato. My w dżinsach, roześmiani. Marylka na hamaku, Leszek na leżaku, wokół nas dzieci z małą Martą. Takie totalnie beztroskie, proste letnie popołudnie. Jeszcze nam się wtedy nie śniło, że wejdziemy do wielkiej polityki, że Leszek zostanie prezydentem Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. A wieczorami, jak już dzieci poszły spać, siadałyśmy z Marylką do krzyżówki. Rozwiązywałyśmy tylko te zamieszczone w czasopiśmie „Ty i ja”. Bo tam były krzyżówki trudne, z inteligentnymi hasłami. Uwielbiałyśmy to. Do dzisiaj egzemplarze z tymi rozwiązanymi przez nas krzyżówkami leżą na strychu mojej siostry, na wieczną pamiątkę.

Archiwalne zdjęcia:

rozm. Ryszarda Wojciechowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.