Kmdr Eugeniusz Koczorowski

Flota na modłę sowiecką

Flota na modłę sowiecką Fot. Eugeniusz Koczorowski
Kmdr Eugeniusz Koczorowski

Marynarze powracający po wojnie do kraju byli pełni obaw, co do nowej sytuacji politycznej. Peerelowska Marynarka Wojenna próbowała się odciąć od przedwojennych tradycji.

Po II wojnie światowej wielu polskich marynarzy, mimo obaw wynikających ze zmiany w Polsce systemu politycznego, zdecydowało się na powrót do kraju. Dopiero na miejscu przekonali się, że ich strach przed repatriacją nie był bezpodstawny. Co prawda, początkowo - w związku z brakiem specjalistów - z powracających oficerów, podoficerów i marynarzy chętnie kompletowano niepełne załogi lub wykorzystywano do szkolenia nowych adeptów, jednakże z biegiem czasu stosunek do nich zaczął się zmieniać. Fakt, że przedwojenni oficerowie z zapałem wywiązywali się z powierzonych im obowiązków, nie uchronił ich przed relegowaniem ze służby. Mało tego, zdarzało się nawet, że marynarze byli osadzani w więzieniach lub wręcz rozstrzeliwani w oparciu o sfingowane procesy i zapadłe w nich bezprawne wyroki, tak jak to się stało w przypadku rzekomego spisku komandorów.

Największe nasilenie represji związanych z sowietyzacją Marynarki Wojennej, miało miejsce w latach 1950-1954. Władza ludowa uznała, iż właśnie we flocie jest najwięcej wrogich elementów, z których należy ją oczyścić. W pewnym momencie stwierdzono, że cel został osiągnięty, co oczywiście nie do końca było prawdą, albowiem zawsze w duszach nawet nowo wcielanych kadetów i oficerów do Marynarki Wojennej tkwiła pewna krnąbrność i poczucie wolności, które wyzwala morze i kontakt z nim. Część usuniętych ze służby oficerów, podoficerów i marynarzy podjęła z czasem decyzję o ucieczce z Polski i już na obczyźnie poświęciła się działalności niepodległościowej.

Czasami ucieczki te miały spektakularny przebieg. Tak było chociażby z uprowadzeniem przez część załogi ORP Żuraw do Ystad, gdzie 12 marynarzy wybrało wolność. Po powrocie „zdradzieckiego” okrętu do kraju, został on przemianowany na ORP Kompas, natomiast członków załogi, którzy nie zdecydowali się ucieczką skazano w kraju na kary wieloletniego więzienie. W ten sposób potraktowano ich na równi ze zbiegami.

Podobny los jak załogi okrętów spotkał powracających weteranów - okręty i inne jednostki sprowadzone do kraju. Wcielone początkowo do Marynarki Wojennej, ze względu na swój stan techniczny, brak środków płatniczych na remonty, a w szczególności niechęć ówczesnych władz do tego typu inwestycji spowodował sukcesywne usuwanie przedwojennych jednostek ze składu floty. Ze względu na „wiekowość” i stan techniczny w 1954 r. z listy floty skreślono ORP Wilk. Podobnie postąpiono z okrętami podwodnymi Ryś i Żbik, które skasowano w 1955 r., jedynie najnowocześniejszy ORP Sęp dotrwał do 1969 r. W 1959 r. został on wykorzystany w filmie do odgrywania roli bliźniaczego ORP Orzeł.

W lepszej sytuacji znalazły się niszczyciele OORP Błyskawica i Burza, których losy były dość podobne. Po zakończeniu zadań szkoleniowych oba niszczyciele pozostawały jeszcze we flocie Marynarki Wojennej, jako stacjonarne okręty obrony przeciwlotniczej, a następnie kolejno przejmowały funkcje okrętu muzeum, przy czym ORP Błyskawica w 1976 r. przejęła tę rolę od ORP Burza, skreślonego następnie z listy okrętów Marynarki Wojennej.

Jednostkami najbardziej przydatnymi, których nie można było zastąpić innymi, sprowadzanymi ze Związku Radzieckiego okazały się okręt szkoleniowy Iskra oraz statek szkoleniowy Dar Pomorza. W szczególności ten ostatni, będący przecież piękną fregatą, w późniejszych latach brał udział w międzynarodowych zlotach żaglowców, zajmując kilkukrotnie czołowe miejsca, a dwukrotnie wygrywając regaty Operacja Żagiel. W 1982 r. Dar Pomorza został przekazany do Centralnego Muzeum Morskiego i został udostępniony, jako żaglowiec-muzeum.

Powracając zaś do pierwszych lat powojennych to trzeba przypomnieć, że w owym czasie brakowało nam trałowców, które mogłyby oczyścić zaminowane wody Zatoki Gdańskiej i zapewnić bezpieczeństwo dla rozwijającej się żeglugi. Jeszcze w 1948 r. flota polska została powiększona o zakupione z angielskiego demobilu trałowce bazowe Delfin, Mors i Foka, których stan techniczny nie był jednak zadowalający. Tym samym ówczesny rząd zwrócił się o pomoc do Związku Radzieckiego o przydzielenie polskiej flocie okrętów niezbędnych do oczyszczania wód przybrzeżnych. Były to 23 jednostki, w tym 9 trałowców redowych i 12 małych ścigaczy okrętów podwodnych wydzielonych z floty ZSRR. Okręty te miały zrekompensować przynależny Polsce, a przyjęty przez ZSRR limit odszkodowań za straty spowodowane działaniami wojennymi. Nie były to okręty wysokiej klasy. Raczej można je było określić, jako „jednorazowego użytku”. Budowano je w pośpiechu i z racji braku jakiegokolwiek opancerzenia były narażone na szybkie zniszczenie podczas wykonywania powierzonych im zadań.

Wszystkie te sprawy pokazują, jak trudne to były lata dla Tak więc Marynarki Wojennej. Kadrę polską zastępowano oficerami radzieckimi, a zasłużone w bojach II wojny światowej okręty uznane za mało wartościowy i zastąpiono jednostkami zakupionymi w ZSRR. Z czasem sytuacja uległa oczywiście poprawie i rozpoczęły się oczekiwane zmiany. Rozwinęło się Szkolnictwo Marynarki Wojennej OSMW, wreszcie sami przejęliśmy budowę okrętów Marynarki Wojennej. Powróciliśmy również do hołdowania należnej pamięci weteranów walk wojennych na morzach i oceanach, którzy rozsławili na świecie polski oręż.

Kmdr Eugeniusz Koczorowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.