Jarosław Zalesińki

Dochodzenie prawdy o Smoleńsku uruchomi w ludziach nie tylko myślenie, ale także sumienie

Jarosław Zalesiński Fot. Fot. Grzegorz Mehring Jarosław Zalesiński
Jarosław Zalesińki

Powtarzać tę sensacyjną informację czy ją przemilczeć? „Wiadomości” TVP newsa przemilczały, ale trudno dzisiaj w tym programie upatrywać wzorca standardów dziennikarstwa. Cóż, powtórzę zatem za „Gazetą Polską Codziennie”, że według informatorów tej redakcji sekcja zwłok pary prezydenckiej wykazała, iż prezydencki tupolew nie rozbił się o ziemię kołami do góry, jak to stwierdził rosyjski MAK i komisja Jerzego Millera, tylko na tych kołach wylądował.

Powtórzyłem newsa, żeby zastanowić się, co z niego dla sprawy smoleńskiej na obecnym etapie wynika. Samej informacji nie sposób oczywiście traktować serio. Ja przynajmniej nie traktuję serio teorii tej redakcji od czasu, gdy pisała w 2010 roku, że niektórych rannych w katastrofie wywieziono karetkami, a innych dobijano na wrakowisku strzałami. Zresztą - na zdrowy rozum, w jaki niby sposób sekcja zwłok mogła dostarczyć tak konkretnej wiedzy o sposobie, w jaki rozbił się tupolew? I kto niby miałby go obrócić potem kołami do góry, jak to widać na każdym zdjęciu wrakowiska?

Nie ma co się wkręcać w podobne pytania. News „GPC” jest symptomatyczny z innego powodu: pokazuje, że nie zmienia się pewna polityka informacyjna, polegająca na regularnym bombardowaniu opinii publicznej takimi czy innymi rewelacjami, które przepadają potem bez śladu, nic z nich nie wynika, ale w sumie podtrzymują to mętne odczucie, które dzisiaj jest udziałem niemałej części Polaków, że „coś się tam jednak niejasnego wydarzyło”.

Póki obecnie rządzący znajdowali się w opozycji i nie mieli do swojej dyspozycji wszystkich tych państwowych instytucji, które dzisiaj służą do ponownego ustalania „prawdy o Smoleńsku”, póty można było uznawać tę politykę informacyjną za efektywną. Gdy jednak role się odwróciły, w głowach coraz większej liczby ludzi zaczyna się pojawiać inne odczucie: że coś w tym prowadzonym od roku postępowaniu jest nie tak. Skoro już dawno temu głoszono, że z przekonaniem graniczącym z pewnością można mówić, iż to był zamach, skoro ta pewność sięgała 99 proc., jak to dawno temu wyliczał sam prezes Jarosław Kaczyński, dlaczego dochodzenia tego jednego skromnego procencika tak się ślamazarzy? I gdzie są owe wybuchy, o których z niezachwianym przekonaniem mówili ci sami eksperci, którzy dzisiaj „prawdy o Smoleńsku” dochodzą już za państwowe pieniądze?

Zamiast niezbitych dowodów mieliśmy jedynie kolejne medialne wrzutki. Jak ta np. o zniszczeniu Dziennika Działania Dyżurnych Służb Operacyjnych z 10 kwietnia 2010 r. W tej „szokującej” sprawie minister Macierewicz zapowiadał jakoweś energiczne działania prokuratorskie, no ale jak to w takich razach zawsze bywało, sprawa potem przyschła i nikt już o niej dzisiaj nie pamięta. Tak samo pewnie jak o innej „szokującej” i szeroko nagłośnionej sprawie, polegającej na tym, że polska strona nie wykazała swego czasu zainteresowania nagraniami rozmów załogi tupolewa, dokonanymi przez szwedzki Instytut Obrony Radiołączności.

Innym sposobem „ukrycia prawdy” przez komisję Millera miał być, zdaniem członków podkomisji Wacława Berczyńskiego, sposób, w jaki eksperci Millera odczytali zapis czarnych skrzynek. (O tej „szokującej” manipulacji, sto razy już wyjaśnianej przez ekspertów Millera, została przynajmniej zawiadomiona prokuratura). Ostatnią wrzutką był film, nagrany na wrakowisku, z udziałem ministra Szojgu, Władimira Putina i Donalda Tuska. Tu już niektórzy, i to także spośród dziennikarzy od lat dowodzący zamachu w Smoleńsku, nie wytrzymali i zaczęli mówić, że ten film to żadna sensacja.

Powielanie tej samej strategii informacyjnej, polegającej na dowodzeniu, że poprzednicy ukryli gdzieś straszną prawdę, a my już-już, już prawie jej dochodzimy, tylko że na razie możemy jedynie sugerować, że została ona gdzieś ukryta - może się w pewnym momencie okazać przeciwskuteczna. Ludzie mogą zacząć pytać: no, ale gdzie jest ta „prawda”, pokażcie ją wreszcie. I co wtedy?

Robienie medialnych wrzutek przy okazji bolesnego problemu ekshumacji oznacza jeszcze inne ryzyko: że w ludziach obudzi się nie tylko myślenie, ale i sumienie. Jeśliby rzeczywiście, co nie daj Bóg, zostały zgwałcone uczucia rodzin, sprzeciwiających się ekshumacjom, a ich efektem byłoby tylko mącenie wody, by w niej dalej coś na niby łowić, czy nie oburzyłoby to także tych, którzy jak na razie wierzą, że „nie wiadomo, co tam się wydarzyło”?

Jarosław Zalesińki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.