Dlaczego zginął Wincenty Gruna [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Państwowe w Gdańsku
Barbara Szczepuła

Dlaczego zginął Wincenty Gruna [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]

Barbara Szczepuła

„Weneda” strzelił pierwszy. Spudłował, choć stał w niewielkiej odległości, metra czy dwu…

Był zimny marcowy wieczór. Młody mężczyzna zapukał do drzwi mieszkania Grunów na osiedlu Paged na Obłużu.

- Ja do męża. Z komisariatu - powiedział, gdy Stefania Grunowa otworzyła drzwi.

- Poszedł do sąsiada, jeśli to coś pilnego, pójdę po męża - odpowiedziała, wkładając płaszcz. „Weneda” szedł za nią bez słowa. Przed blokiem w ciemności „Dziewiętnastka” i „Bogdan” czekali na rozwój wypadków.

- Dobry wieczór. O co chodzi?- spytał Gruna, przepuszczając żonę przodem i podchodząc do „Wenedy” .

- Wyrokiem Kierownictwa Walki Konspiracyjnej Armii Krajowej został pan skazany na karę śmierci! - wyrecytował szybko „Weneda” i strzelił. Ogień otworzyli także „Dziewiętnastka” i „Bogdan”.

Krzyk Grunowej rozdarł powietrze. Z pobliskiej jednostki wojskowej wybiegli marynarze, kilku zaniosło Grunę do mieszkania, inni rozbiegli się po okolicy, szukając zamachowców.

***

Wincenty Gruna był sekretarzem koła dzielnicowego Polskiej Partii Robotniczej, Kaszubą z Lipusza, który jeszcze przed wojną przywędrował za pracą do Gdyni. Znalazł zatrudnienie w porcie. Po wojnie zaczął działać w związkach zawodowych, wstąpił do PPR.

„Marzył o odnowie życia w Polsce. Chciał temu życiu nadać nowoczesną formę, rozmach, jak to robiono w Związku Radzieckim. Moim zdaniem, Wincenty Gruna był urodzonym marksistą i prześwietnym organizatorem. Na wyznaczonym mu przez Partię odcinku pracował znakomicie. (…) Marzył o tym, aby ta nasza Polska była silna, bogata i sprawiedliwa, aby już nigdy nie było w niej ludzi biednych i bezdomnych. Za taką Polskę zginął…” - pisał w periodyku „Litery” Stanisław Niemiec.

Po śmierci został bohaterem. „Kule faszystowskiego podziemia wytrąciły z szeregów PPR wiernego syna Polski Ludowej” - tak wówczas pisano. Ulicę na Obłużu, przy której mieszkał, nazwano nazwiskiem Gruny. W roku 1981, w siedemdziesiątą piątą rocznicę jego urodzin na jednym z budynków umieszczono tablicę pamiątkową.

***

„Faszystowskie podziemie” to żołnierze z komórki WiN o kryptonimie Kadry Dywersyjne 111. Dowódcą dwóch grup wchodzących w skład KD 111 był kapitan Stanisław Kulik, pseudonim „Leszek”, który na Wybrzeżu używał fałszywego nazwiska Wirski. Jan Wirski. To on wydał rozkaz likwidacji sekretarza Gruny. Rozkaz wykonali: Henryk Ernest „Bogdan”, Jan Drelich „Dziewiętnastka” oraz „Weneda”, którego nazwiska przez lata nie wymieniano w żadnych ubeckich dokumentach. To właśnie „Weneda” strzelił pierwszy, ale spudłował, choć stał w niewielkiej odległości, metra czy dwu… Wtedy huknęły pistolety kolegów.

***

Przyjrzyjmy się oficerowi, który wydał rozkaz.

Zgodnie z regułami ówczesnej propagandy, „bandyta” musiał być odrażający fizycznie. W przeciwieństwie do ubeka czy milicjanta. „Aparat władz Bezpieczeństwa jest ideowy i ofiarny, z poświęceniem, nie szczędząc życia, walczy o spokój i ład w kraju” - pisał „Dziennik Bałtycki”. A Kulik? „Był niski, potężnej tuszy, o przebiegłych latających oczkach i ulizanych, rzadkich jasnoblond włosach”. Wśród podwładnych miał opinię zupaka, brutalnego i bezwzględnego wobec żołnierzy, a potulnego i uległego wobec przełożonych. Ponury watażka i tchórz. No i oczywiście lubił wypić. Tak charakteryzują „Leszka” Jan Babczenko i Rajmund Bolduan w wydanej w roku 1965 książce „Kryptonim KD 111”.

Kulik razem ze swoim zaufanym adiutantem „Cieniem” i sanitariuszką Janiną Prokop „Szarotką” przyjechał na Wybrzeże we wrześniu 1945 roku. W Orłowie, przy placu Górnośląskim otworzył sklep spożywczy, który nieźle prosperował. Babczenko i Bolduan opisują, jak stojąc za ladą, skrupulatnie odważa mąkę, i konstatują, że do tego właśnie się nadawał.

Waldemar Kowalski z Muzeum II Wojny Światowej, który badał tę sprawę i sporządził obszerny biogram Kulika, ocenia, że Stanisław Kulik był żołnierzem odważnym i niezłomnym.

Za kampanię 1939 roku otrzymał Krzyż Virtuti Militari, a potem, w konspiracji, dwukrotnie, w latach 1943 i 1944 - Krzyż Walecznych. Jako zawodowy podoficer walczył we Wrześniu w batalionie czołgów wchodzącym w skład Armii Prusy, a po rozbiciu jednostki w rejonie Janowa Lubelskiego skupił wokół siebie ponad 350 żołnierzy i walczył dalej. Wzięty do niewoli, po miesiącu uciekł z obozu jenieckiego w Hamburgu i powrócił na rodzinne Podlasie. Zbierał i magazynował broń, tworzył konspiracyjne grupy. W 1940 roku wstąpił do organizacji Miecz i Pług, ale wkrótce został zadenuncjowany i musiał się ukrywać. W czasie próby zatrzymania zastrzelił czterech Niemców…

W 1943 roku Miecz i Pług został włączony w struktury Armii Krajowej. Kulik został ponownie zaprzysiężony i na czele stworzonego przez siebie oddziału partyzanckiego brał udział w wielu akcjach. Nie wiadomo, dlaczego w 1944 roku przeszedł do Batalionów Chłopskich.

- Może został odkomenderowany? - zastanawia się Waldemar Kowalski.

Mianowano go wykładowcą w obozie szkoleniowym BCh, a z czasem objął dowództwo nad własnym, 250-osobowym oddziałem, który uprawiał dywersję na zapleczu wojsk niemieckich.

Po wejściu Sowietów ujawnił się i wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego. Został dowódcą kompanii w Oficerskiej Szkole Broni Pancernej w Chełmie Lubelskim. W nocy 3 marca 1945 roku, pozorując ćwiczenia, wyprowadził swoją kompanię w pełnym uzbrojeniu do lasu. Ruszył pościg. Kilku żołnierzy zostało zabitych, kilku aresztowano, ranny Kulik ukrywał się w leśniczówce, gdzie trafili na niego akowcy. Gdy tylko wyzdrowiał, został komendantem placówki WiN w gminie Rakołupy. Zorganizował oddział leśny, który przeprowadził wiele akcji ekspropriacyjnych.

Ekspropriacja to wywłaszczenie w celu pozyskania funduszy na działalność konspiracyjną - podają encyklopedie. Częste były akcje ekspropriacyjne w czasie powstania styczniowego, przeprowadzały je też Organizacja Bojowa PPS, Armia Krajowa, Gwardia Ludowa, Armia Ludowa oraz Wolność i Niezawisłość.

- Wie pani, jak odróżnić bandytę od partyzanta? - pyta profesor Piotr Niwiński, który także zajmował się sprawą Kulika. - Profesor Tomasz Strzembosz mawiał, że jeśli wejdzie do chałupy mężczyzna i zabierze gospodarzowi kożuch, buty, chleb oraz słoninę i zostawi pokwitowanie, to jest partyzantem. Jeśli natomiast weźmie dodatkowo damskie sukienki i pończochy - jest złodziejem…

Profesor Tomasz Strzembosz mawiał, że jeśli wejdzie do chałupy mężczyzna i zabierze gospodarzowi kożuch, buty, chleb oraz słoninę i zostawi pokwitowanie, to jest partyzantem. Jeśli natomiast weźmie dodatkowo damskie sukienki i pończochy - jest złodziejem…

Kulik zbierał pieniądze i kupował broń. Jego żołnierze walczyli z funkcjonariuszami UB i MO. Zastrzelili także sowieckiego oficera. W książce Babczenki i Bolduana znajduję opis tego wydarzenia: Któregoś lipcowego dnia porucznik Piotr Dektarenko, oficer Armii Czerwonej, szedł polną drogą w kierunku pobliskiej stacji kolejowej. Kilkudniowy urlop, który spędził u młodej żony w Janówce, pozostawił w pamięci miłe wspomnienia. Dektarenko był dobrej myśli, wojna się przecież skończyła, wkrótce jego jednostka powróci do kraju. Zabierze ze sobą żonę i zawsze już będą razem. (…) Nagle rozległ się przeciągły gwizd i jak spod ziemi wyrosło kilkunastu mężczyzn ubranych na poły po cywilnemu, na poły po wojskowemu…

Wokół Kulika robi się gorąco. Musi zniknąć z tego terenu. To rozkaz. Dokąd jechać? Ziemie odzyskane były miejscem, gdzie dość łatwo można było się ukryć. Zjeżdżali tam ludzie z całego kraju. Kresowianie i warszawiacy pokiereszowani przez wojnę i okupację, wyzuci z domów szukali tam swojego miejsca do życia. Albo możliwości ucieczki przez „zieloną granicę”.

Stanisław Kulik mieszka z „Szarotką” w Gdyni. Babczenko i Bolduan opisują ją zgodnie ze schematem: „Młodsza od niego o prawie dwadzieścia lat tęga wiejska dziewczyna o kruczoczarnych włosach, prostej, dość pospolitej twarzy i obfitym biuście. „Być może „Tarzan” imponował jej energią i bezwzględnością, z jaką dążył do obranego celu, albo też darzyła go miłością. Ufała mu bezgranicznie i ślepo wierzyła w jego szczęśliwą gwiazdę”.

***

Gwiazda nie była tak szczęśliwa, ubecki pierścień zaciskał się coraz mocniej. Działalność grupy Kulika „Tarzana” - pisze Daniel Czerwiński w pracy „Pierwsza dekada. Aparat bezpieczeństwa w województwie gdańskim w latach 1945-1956” - została odnotowana w styczniu 1946 roku. A więc kilka miesięcy po przyjeździe kapitana Kulika na Wybrzeże. Akcje ekspropriacyjne, dzięki którym zebrano kilkaset tysięcy złotych, musiały zwrócić uwagę milicji, ubeków i zapewne NKWD. Tym bardziej że zostawiano pokwitowania informujące, iż pieniądze biorą żołnierze niepodległościowego podziemia. A więc nie bandyci, ale partyzanci. Podczas napadu na sklep Polskiego Monopolu Tytoniowego ginie milicjant, inny zostaje ranny. To mobilizuje „bezpieczniaków”.

***

Dlaczego zastrzelono Wincentego Grunę? Nie był żadną partyjną szychą, a mało znaczącym sekretarzem koła PPR na gdyńskim Obłużu. I na dodatek - jak opowiadała jego żona - chodził regularnie do kościoła, co w oczach partyjnych kolegów było niemal przestępstwem. Mówiła też, że mąż z przekonań był raczej PPS-owcem, a PPR jakoś mu ciążyła.

Wiedział coś o grupie Kulika? Zagrażał organizacji?

- Nie można tego wykluczyć - tłumaczy mi Waldemar Kowalski. - Jedna z wersji mówi, że Gruna dowiedział się o działalności KD 111. Taką informację przyniósł Kulikowi Zenon Jagła „Rom”, który znał Grunę. Jego śmierć miałaby więc wyeliminować zagrożenie dekonspiracją. To właśnie „Rom” poprowadził kolegów do mieszkania Grunów na Obłużu.

Ale jest i inna wersja. Być może Gruna stał się niewygodny dla wpływowej grupy działaczy PPR, a zabójstwo było wynikiem ubeckiej prowokacji. Tu musimy wrócić do „Wenedy” i jego roli w zabójstwie.

- Podejrzane jest to - kontynuuje Kowalski - że „Weneda” strzelał do Gruny z bliskiej odległości i nie trafił. Może nie chciał trafić? Wersję tę potwierdzają zeznania Stefanii Grunowej. Twierdziła, że jednego z mężczyzn, którzy napadli na jej męża, widziała w UB. Siedział za biurkiem. Nie mógł to być ani „Bogdan”, ani „Dziewiętnastka”, bo obaj, owszem, siedzieli, ale w areszcie.

Podejrzane jest to, że „Weneda” strzelał do Gruny z bliskiej odległości i nie trafił. Może nie chciał trafić?

Żeby sprawę jeszcze bardziej skomplikować, trzeba wspomnieć o zaufanym adiutancie Kulika - „Cieniu”. - Dziś wiemy, że „Cień” zdradził - dodaje Waldemar Kowalski, który uważa, że „Cień” przeszedł na stronę ubeków, przekabacony właśnie przez „Wenedę”. Co przemawia przeciwko „Cieniowi”? Aresztowano go razem z Kulikiem, ale udało mu się uciec z aresztu, a w dokumentach UB pojawiła się notatka: „Umożliwiono mu ucieczkę dla dobra śledztwa, by dotrzeć do innych członków KD 111”. I podobnie jak „Weneda”, „Cień” zniknął.

***

Adres Stanisława Kulika bezpieka ustaliła prawdopodobnie dzięki przypadkowemu aresztowaniu łączniczki 22 marca 1946 roku - pisze Daniel Czerwiński. Waldemar Kowalski precyzuje, że była to Helena Wulf „Danuta”, którą poddano brutalnemu przesłuchaniu. Potem umieszczono ją w celi z funkcjonariuszką UB, która zdobyła jej zaufanie i przejęła gryps. To pozwoliło ubekom na ustalenie adresów i na kolejne aresztowania. Stanisława Kulika złapano w Gdyni 29 marca.

W rozbiciu zgrupowania wyróżnili się porucznik Jan Wołkow, podporucznik Erazm Żmijewski oraz chorąży Jan Babczenko - w latach 60. współautor cytowanej już książki „Kryptonim KD 111”, w której nazwał Kulika „zupakiem”.

Zatrzymanych przewieziono do aresztu na Kurkową do Gdańska. Przejęto gryps Henryka Ernesta „Bogdana” do żony. Pisał: „Niczego nie żałuję”. Stanisław Kulik przez jednego ze strażników nawiązał kontakt z „Szarotką” i planował ucieczkę. Nie udała się, strażnik zawiadomił władze więzienne.

Trzydziestego pierwszego października 1946 roku zapadły wyroki. Na karę śmierci zostali skazani: Stanisław Kulik (za nakłanianie swoich podwładnych do popełnienia gwałtownego zamachu przy użyciu broni palnej na sekretarza PPR na Obłużu Wincentego Grunę), Jan Drelich „Dziewiętnastka” (lat 27), związany z podziemiem od 1945 roku, oraz Henryk Ernest „Bogdan” (lat 21), w okresie okupacji członek Gryfa Pomorskiego, od 1942 roku w AK, od marca do września 1945 w I Brygadzie Pancernej im. Bohaterów Westerplatte, dwukrotnie ranny w trakcie walk o Oksywie. Wyrok śmierci dostał też Zenon Jagła „Rom”, ale prezydent KRN, Bierut zamienił go na 15 lat więzienia. Pozostali skazani zostali na kary długoletniego więzienia.

Wyroki śmierci wykonano w więzieniu w Gdańsku 28 grudnia 1946 roku. Przed egzekucją Kulik zawołał: „Żegnajcie, bracia, już się więcej nie zobaczymy na tym świecie!”.

***

W sprawie Kulika ciągle jeszcze nie wszystko jest jasne. W 2011 roku, na wniosek ministra sprawiedliwości, Wojskowy Sąd Okręgowy w Poznaniu unieważnił wyrok, jednak tylko częściowo. Wątpliwości sędziów wzbudził właśnie rozkaz zastrzelenia Wincentego Gruny. Ich zdaniem, zebrany materiał nie wskazuje, że Gruna zagrażał bezpieczeństwu organizacji. Sprawa będzie jednak miała ciąg dalszy, bo o dobre imię Kulika walczy teraz także jego wnuczka.

Dziś „żołnierze wyklęci” są bohaterami zbiorowej wyobraźni. Zaś Wincenty Gruna nie jest już bohaterem. Tablicę pamiątkową zdjęto. Patronem ulicy na Obłużu został admirał Unrug.

Ot, polskie losy. „Pokolenia żałobami czarne”.

barbara.szczepula@polskapress.pl

Barbara Szczepuła

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.