Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Czy Polska może być silniejsza od bankowych rekinów? Na razie nie radzimy sobie nawet z piraniami

Czytaj dalej
Fot. Bartek Syta
Witold Głowacki

Czy Polska może być silniejsza od bankowych rekinów? Na razie nie radzimy sobie nawet z piraniami

Witold Głowacki

Największe banki świata - są wśród nich również czarne charaktery ostatniego kryzysu - rozporządzają dziś aktywami 25-krotnie przekraczającymi wartość polskiego budżetu. Czy ktokolwiek w Polsce byłby gotów na brutalną rozgrywkę z taką ligą?

Chyba czas to sobie powiedzieć. Afera KNF to kolejny dowód, że Polska nie odrobiła nawet tych najbardziej podstawowych lekcji z kryzysu sprzed dekady. Nie pierwszy - i prawdopodobnie nie ostatni. Owszem, teoretycznie wzmocniliśmy nadzór finansowy, teoretycznie dając państwu i społeczeństwu nieco więcej narzędzi - teoretycznie pozwalających lepiej kontrolować poczynania banków i instytucji finansowych. W rzeczywistości niewiele z tego wyszło. Żeby zadrwić sobie z polskiego nadzoru finansowego, nie trzeba być gigantem na miarę Goldman Sachs. O tym, kto dziś kogo skuteczniej kontroluje - nadzór banki czy banki nadzór - najlepiej świadczą miny czołowych postaci, których dotyczą taśmy Leszka Czarneckiego. Miliarder ograł przecież nie tylko szefa KNF Marka Chrzanowskiego, który sam próbował zagrać w bardzo nieczystą grę - ale cały polski system nadzoru finansowego.

W tej chwili największym zmartwieniem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i Narodowego Banku Polskiego jest przecież to, żeby dołujące na giełdzie (dołujące to mało powiedziane, raczej notujące kilkunastoprocentowe dzienne spadki) banki Czarneckiego przypadkiem nie okazały się niewypłacalne. Dlaczego? Bo byłaby to potrójna katastrofa. Po pierwsze, zasoby BFG wydrenowane z powodu upadków SKOK-ów nie wystarczyłyby na wypłatę gwarantowanych depozytów klientom, więc musiałby się w to zaangażować również NBP. Po drugie, Getin Noble Bank nie jest może gigantem, ale to jednak nadal 9. co do wielkości bank w Polsce. Ewentualny upadek tak dużego podmiotu mógłby wywołać reakcję łańcuchową w całym sektorze. Po trzecie - i najważniejsze - konieczność ratowania banków Czarneckiego oznaczałaby ostateczną klęskę nadzoru w całej grze, ba ostatecznie mogłoby to się skończyć arbitrażowym procesem, w którym polskie państwo musiałoby się bronić przed zarzutem siłowego doprowadzenia biznesów miliardera do bankructwa.

Ale i bez tego w efekcie afery KNF polskie instytucje nadzoru finansowego jawią się dziś albo jako siedlisko korupcji na skalę, która zawstydza nawet kraje Wschodu, albo jako obszar politycznego łupu - na równi z posadami w spółkach skarbu państwa czy różnych rządowych agencjach, albo jako instrument realizacji bardzo doraźnej polityki państwa. W skrajnie brutalnej grze, która w skali globalnej toczy się od lat między światem finansów a światem polityki to wszystko oznacza przede wszystkim jedno - Polska jest w zasadzie bezbronna. Leżymy jak solidny kawał mięsa na sklepowej ladzie i czekamy, aż ktoś nas sobie ściągnie na kolację. A chętni na to mogą być gracze wielokrotnie silniejsi niż pogrążony w kłopotach Czarnecki.

10 lat temu globalny kryzys finansowy - symbolicznie zapoczątkowany upadkiem banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 roku - wchodził właśnie w swą najostrzejszą fazę. Najszerzej rozumiany Zachód zmaga się z jego skutkami do dziś - to kryzys ostatecznie zburzył dotychczasowy społeczno-polityczny porządek całkowicie zmieniając reguły. Bez Pasa Rdzy nie byłoby prezydentury Donalda Trumpa, bez gigantycznych wstrząsów w strefie euro i krajach Południa Europy, kryzys Unii Europejskiej nie byłby dziś aż tak głęboki i rozległy, trudno powiedzieć, czy doszłoby do Brexitu, być może nawet rzadziej mówilibyśmy również o „kryzysie demokracji liberalnej”. Na ratowanie banków, które przecież same doprowadziły do kryzysu, Stany Zjednoczone i kraje Unii Europejskiej wydały dosłownie wagony pieniędzy, rezygnując z długiej listy wydatków socjalnych i programów rozwojowych.

Polska owszem, przeszła przez tamten kryzys bez recesji (choć nie bez spowolnienia wzrostu) i bez gwałtownych turbulencji w świecie. Ale wcale nie bez społecznych strat. Największą cenę za kryzys zapłaciło pokolenie dzisiejszych 30-35-latków, wysłane wtedy za sprawą „paktu antykryzysowego” z 2009 roku na śmieciówki. To także wtedy zaczął się ostatecznie rozsypywać dotychczasowy system emerytalny - co było jednym z powodów tego, co liberałowie nazywają „skokiem na OFE”.

Wtedy, te 10 czy 8 lat temu, było jasne, gdzie szukać winnych. Polski tytuł najlepszego filmu fabularnego o momencie wybuchu kryzysu brzmi „Chciwość”. Słowo „bankster” pojawiało się w komentarzach najpoważniejszych ekonomistów. Wnioski również były jednoznaczne. Gdy zapadały decyzje o kolejnych bailoutach, Jeffrey Sachs czy Paul Krugman domagali się przede wszystkim nowych i bardziej restrykcyjnych państwowych i ponadpaństwowych regulacji na rynkach finansowych i radykalnego wzmocnienia instytucji nadzoru finansowego, po to by wymuszać na coraz silniejszych i coraz bardziej wpływowych bankach i instytucjach finansowych stosowanie się do podstawowych reguł. Bardzo podobne głosy słychać było w Polsce - niezależnie od tego, czy akurat wypowiadał się Marek Belka, Witold Orłowski czy Mateusz Morawiecki, wówczas prezes BZ WBK.

Bo przecież kryzys sprzed 10 lat postawił przed światem w zasadzie jedno zasadnicze pytanie: Kto będzie silniejszy. Globalne instytucje finansowe dysponujące funduszami często wielokrotnie przewyższającymi budżety średnich państw? Czy jednak - mimo wszystko - te państwa? Czy państwa - i instytucje międzynarodowe - wyznaczają reguły działania instytucji finansowych, czy raczej są przedmiotem dowolnego rynkowego obrotu, sprowadzone do roli emitentów jakże pożywnych papierów dłużnych albo żebraków stojących z rękami wyciągniętymi po inwestycje?

Pozostało jeszcze 63% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Witold Głowacki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.