Cudowne narodziny na Boże Narodzenie

Czytaj dalej
Fot. Przemek Świderski
Jolanta Gromadzka-Anzelewicz

Cudowne narodziny na Boże Narodzenie

Jolanta Gromadzka-Anzelewicz

Aby ratować życie matki i dzieci, gdańscy lekarze przeprowadzili operację i przyjęli poród na sali... neurochirurgicznej.

Dawano jej 50 proc. szans, że czekający ją zabieg usunięcia krwiaka mózgu się powiedzie. Tyle samo szans na przeżycie miały bliźniaki, które nosiła w brzuchu. Tylko natychmiastowej podwójnej operacji, którą przeprowadzili neurochirurdzy wraz z ginekologami w gdańskim Szpitalu im. M. Kopernika, Beata i jej dwie córeczki zawdzięczają życie.

Sala pooperacyjna neurochirurgii. Beata ma obandażowaną głowę. Zdarzają się jeszcze momenty, że opada jej lewa powieka lub ma kłopoty z mówieniem. To ślad po przebytej kilkanaście dni temu operacji. Prof. Wojciech Kloc, ordynator oddziału, uspokaja - za kilka tygodni wszystko wróci do normy.

- Wstałam rano, pokręciłam się po mieszkaniu i nagle dopadł mnie ból głowy - opowiada kobieta. Był bardzo silny, pulsujący. Bała się, że rozsadzi jej czaszkę.

Zadzwoniła do ojca i ustaliła z nim - jeśli nie odezwie się w ciągu pół godziny, niech wzywa pogotowie.

Nie pierwsza ciąża

To nie był ból spowodowany nagłym skokiem ciśnienia. Walczyła z nim od początku ciąży. Brała leki. Kilka razy dziennie robiła pomiary. Poranny wynik był prawidłowy.

To nie była jej pierwsza ciąża. W poprzednie dwie zaszła w Anglii. Obie straciła. Przyczyny poronień nie udało się ustalić. Beata jest przekonana, że to wina tamtejszej służby zdrowia. Jej zdaniem - dużo gorszej od polskiej. Oboje bardzo pragnęli dziecka. Dlatego postanowili na rok wrócić do Polski. Zdecydowali się na zapłodnienie pozaustrojowe. Nie z powodu problemów z płodnością. Chcieli po prostu, by zarodek został dokładnie przebadany. By wykluczyć ewentualne wady genetyczne, które mogły być przyczyną poronień. In vitro udało się już za pierwszym podejściem.

Do tej pory czuła się bardzo dobrze. Mąż Beaty, Sebastian, kursował między Nottingham a Borkowem. W piątek rano była w domu sama.

- Na szczęście tata nie czekał na mój telefon, tylko wsiadł w samochód i przyjechał - opowiada Beata.

Kiedy ojciec otworzył drzwi jej mieszkania, Beata słaniała się na nogach.

Pełniący tego dnia dyżur na neurochirurgii lekarz, dr Stanisław Adamski, był na oddziale.

Dochodziła godzina 15. - Zadzwoniła lekarka z SOR-u. Była z pacjentką w pracowni rezonansu. W jej głosie czuć było niepokój. - Kobieta w ciężkim stanie, z krwawieniem wewnątrzczaszkowym i w 27 tygodniu ciąży. Pobiegłem sprawdzić, co się tam dzieje - relacjonuje neurochirurg.

Dr Adamski pracuje na neurochirurgii od sześciu lat. Jest świeżo po zdanym, bardzo trudnym egzaminie specjalizacyjnym.

- Z podobnym przypadkiem jeszcze się nie spotkałem. Znałem takie historie jedynie z opowieści kolegów. Co wtedy czułem? Można to porównać do tego, co czuje antyterrorysta, który właśnie się dowiedział, że terroryści zaatakowali przedszkole - mówi. - Pełen szacunek dla koleżanki z SOR. Miała nosa. Zareagowała natychmiast. Pojechała z pacjentką na rezonans magnetyczny.

TK jest dużo szybszym badaniem, ale promienie rentgenowskie mogłyby zaszkodzić dzieciom. - W głowie pacjentki widać było zmianę, która odpowiadała ostremu krwiakowi podtwardówkowemu szerokości prawie półtora centymetra z przesunięciem - tłumaczy dr Adamski. - I to ostatnie właśnie było najgorsze, bo właśnie ono uciskało struktury mózgu istotne dla życia.

Pacjentka miała zaburzenia świadomości i porażenie trzeciego nerwu czaszkowego, co świadczyło o tym, że powiększająca się zmiana jest coraz bliżej pnia mózgu. Wystarczyłby skok ciśnienia, atak padaczki i mogła zginąć. Uratować ją mogła tylko natychmiastowa operacja.

- Nerwy były duże, trzeba było zacząć działać - wspomina dr Adamski.

A że szkolenie pod okiem prof. Wojciecha Kloca to jak szkolenie w jednostce specjalnej - dr Adamski nie miał z tym problemu. Natychmiast powiadomił OIOM, dyżurnego anestezjologa...

- Przez cały czas myślałem, co po kolei mam robić. Wiedziałem jedno - matka i dzieci muszą wyjść z tego wszystkiego żywe. To zresztą cel, który zawsze nam przyświeca - mówi Adamski.

Powtórnie, już po badaniu rezonansem, konsultował Beatę również dr Tomasz Tylicki, nadzorujący dyżur na oddziale położniczo-ginekologicznym.

- W ocenie neurochirurgów wskazania do operacji były bezwzględne, gdyby coś się jednak nie powiodło, los dzieci byłby przesądzony - twierdzi dr Tylicki. - Gdyby wystąpiły jakieś powikłania i trzeba by przedłużyć znieczulenie, stosowane do niego leki mogłyby pogorszyć ich stan.

Nie było na co czekać


Dr Tylicki podjął decyzję o jednoczesnym rozwiązaniu ciąży na drodze cesarskiego cięcia. Szanse, że dzieci Beaty uda się uratować, sięgały 50 proc.

- Ta pacjentka nie mogła czekać ani pięciu minut dłużej - tłumaczy prof. dr hab. Wojciech Kloc, ordynator oddziału neurochirurgii w Szpitalu im. Mikołaja Kopernika. - To był stan bezpośredniego zagrożenia życia. A leki, które podajemy w takich stanach, są bardzo szkodliwe zarówno dla płodu, jak dla matki. Nie wiedzieliśmy też, jaka jest przyczyna tego krwiaka. Generalnie krwiaki powstają w wyniku urazu. Tymczasem nie wskazywał na to wywiad zebrany od pacjentki i jej rodziny. Tak samoistnie powstających krwiaków neurochirurdzy nie widują. Szczególnie u młodych osób jest to zawsze związane z urazem. Lżejszym lub cięższym. Taki ostry krwiak jest ewenementem.

Przyczyną krwiaka mogło być również wykrzepianie wewnątrznaczyniowe, co również zagrażało życiu dzieci i matki.

Operacja Beaty była przede wszystkim wyzwaniem logistycznym. Ginekolodzy musieli przenieść się na salę operacyjną neurochirurgii. Neonatolodzy - przeciągnąć od siebie - z innego skrzydła szpitala - na blok operacyjny dwa inkubatory z pełnym wyposażeniem i cały potrzebny sprzęt.
Personel bloku robił, co mógł, by im pomóc.

Taka podwójna operacja była również wyzwaniem dla anestezjologa, dr Pawła Bukowskiego, który miał znieczulać Beatę. Podobnie dla instrumentariuszek z neurochirurgii, które nie mają doświadczenia we współpracy z ginekologami. W ciągu kilkunastu minut zebrał się cały piętnastoosobowy zespół.

Szybka operacja

Dr Beata Gis, kierownik oddziału noworodków i wcześniaków, dopiero co zdążyła wrócić do domu po dyżurze. Z powrotem do szpitala dotarła w pół godziny. Musiała pomóc dr Karolinie Kawskiej, bo na dyżurze jest zwykle jeden neonatolog. A tu miały urodzić się bliźnięta.

Do operacji, które trzeba było przeprowadzić natychmiast, przystąpiły jednocześnie dwa zespoły. Neurochirurdzy zajęli się głową, ginekolog wykonał cesarskie cięcie.

- Zaczęliśmy jednocześnie - relacjonuje dr Stanisław Adamski.

Dr Tomasz Tylicki zakończył swoją operację w pół godziny. Ginekolodzy zawsze są pierwsi. Cesarskie cięcie musi być wykonane błyskawicznie. Po raz pierwszy jednak - odkąd jest lekarzem - krzyk noworodka usłyszał na sali operacyjnej neurochirurgii.

- Takie operacje rzeczywiście budzą ogromne emocje - przyznaje dr Piotr Zygmuntowicz, ordynator oddziału położnictwa i ginekologii. -Nigdy nie wiemy, jak się zakończy interwencja neurochirurgiczna i dalszy przebieg pooperacyjny. Cięcie cesarskie w tak wczesnej ciąży również nie jest prostym zabiegiem.

Cudowne narodziny na Boże Narodzenie
Przemek Świderski Starsza bliźniaczka dostała na imię Wiktoria...
Cudowne narodziny na Boże Narodzenie
Przemek Świderski ...o minutę młodsza siostrzyczka - Emilka

Dwa maleństwa

Pierwsza na świat przyszła dziewczynka o wadze 1040 g, druga, nieco mniejsza, ważyła 1000 g. Obie miały po 38 cm.

Momentalnie wcześniakami zajęły się dwa zespoły neonatologiczne. - Dzieci urodziły się w ciężkim stanie - relacjonuje dr Kawska. - Wynikało to z wcześniactwa, niskiej wagi urodzeniowej. Od razu zostały podłączone do respiratorów. W specjalnych transportowych inkubatorach dziewczynki zostały przewiezione na oddział. Wyglądały jak dwie laleczki.

W tym całym nieszczęściu i tak dobrze, że był to 27 tydzień ciąży, a nie 23 czy 24, bo wówczas szanse na utrzymanie dzieci przy życiu byłyby znacznie mniejsze. Im młodsze dziecko, tym gorsze rokowanie.

- W szpitalu na Zaspie dzieci Beaty będą musiały spędzić kilka miesięcy - mówi dr Gis. - Gdy będą zdrowo się rozwijać i osiągną wagę ok. 2 kg, rodzice będą mogli zabrać je do domu.

- Starałem się przede wszystkim nie wpaść w panikę, udało się jednak opanować nerwy - zdradza dr Adamski.

- To, czy urodzone w tak wczesnej ciąży dzieci uda się utrzymać przy życiu, zależy w dużej mierze od stopnia dojrzałości ich narządów - wyjaśnia dr Zygmuntowicz. Zdarzają się wcześniaki z 27 tygodnia ciąży na tyle dojrzałe, że są w stanie sobie poradzić, i takie, których płuca, mózg i pozostałe narządy nie są jeszcze do tego przygotowane. Z tego, co wiemy, pod opieką neonatologów ze szpitala na Zaspie bliźniaczki dobrze sobie radzą.

Bez powikłań

Cudowne narodziny na Boże Narodzenie

Pierwsze cztery krytyczne doby po operacji Beata spędziła na OIOM-ie. Szczęśliwie - bez powikłań. - Gdybyśmy nie otworzyli jej czaszki, kobieta by umarła - mówi prof. Kloc. - Ucisk na mózg powoduje, że dochodzi do jego wgłobienia do jam czaszki (to określenie stanu, w którym wzrost ciśnienia śródczaszkowego prowadzi do przemieszczenia części mózgowia z fizjologicznego przedziału anatomicznego do innego), a w efekcie do zatrzymania krążenia i oddechu. Wtedy nie jesteśmy już w stanie nic zrobić. Zadaniem neurochirurga jest, by do tego nie dopuścić.

Cudowne narodziny na Boże Narodzenie

To pierwszy poród na sali neurochirugii w tym gdańskim szpitalu.

- Generalnie jesteśmy przygotowani do wykonania „awaryjnego” cesarskiego cięcia poza naszą salą operacyjną, bo zdarza się, że wymagają go jednocześnie dwie ciężarne - mówi dr Piotr Zygmuntowicz. - Urządziliśmy więc sobie dodatkową salę cięć na oddziale ginekologii. Ponieważ jednak życie tej pacjentki mogli uratować tylko neurochirurdzy, całą opiekę położniczo-neonatologiczną zorganizowaliśmy gościnnie u neurochirurgów.

To drugi poród na „bazie obcej” w Szpitalu im. Mikołaja Kopernika odkąd pamięta. Pierwszy odebrali rok temu, na chirurgii ogólnej. W czasie ciąży pojawiły się u pacjentki komplikacje, lekarze obawiali się, że trzeba będzie usunąć macicę, a to oznaczało rozszerzoną operację, do której potrzebne były dodatkowe narzędzia. Łaskawym zrządzeniem losu wstępne rozpoznanie się nie potwierdziło, wszystko poszło gładko, mama z noworodkiem mogła od razu wrócić na swoją salę na położnictwie.

Nietypowe porody

Zdarza się też, że lekarze odbierają porody w nietypowych warunkach.

Dr Piotr Zygmuntowicz przyjmował tego dnia w poradni K na Jaskółczej.

- Czekająca na swoją kolej kobieta zaczęła nagle skarżyć się na bóle parte - wspomina. A że była to już jej czwarta ciąża, donoszona, poród mógł mieć przebieg błyskawiczny. I tak też się odbył. Pojawiło się dzieciątko, następnie kobieta urodziła łożysko. Karetka odwiozła mamę z dzieckiem do szpitala. Wszystko skończyło się szczęśliwie.

Miesiąc temu neurochirurdzy usunęli guz mózgu kobiety, która również jest w ciąży. Powtarzające się ataki padaczki nie pozwoliły jej normalnie funkcjonować. Dziewięć miesięcy temu przeszła pierwszą operację. Po niej - radioterapię i chemioterapię. Po zakończeniu leczenia zaszła w ciążę. Kiedy wykryto u niej małą wznowę, pacjentka zwlekała z kolejną operacją. Kiedy zgłosiła się ponownie, po 6 tygodniach, guz był już olbrzymi, bo ten typ nowotworu rośnie bardzo szybko. Operacja się udała, datę porodu wyznaczono jej na początek marca przyszłego roku.

Wiktoria i Emilka czują się coraz lepiej

W ostatnią środę Beata została przewieziona do Szpitala im. św. Wojciecha na Zaspie. Wreszcie mogła na własne oczy zobaczyć swoje dzieci.

Do tej pory oglądała je tylko na zdjęciu, które na neurochirurgię przywieźli jej najbliżsi. - Starsza z bliźniaczek dostała imię Wiktoria, ta o minutę młodsza to Emilka - mówi dumna mama. - Ich poczęcie też można uznać za cud.

Podczas zabiegu in vitro Beacie podano jeden zarodek. Po jakimś czasie zarodek sam się podzielił. Tak więc dziewczynki są bliźniakami jednojajowymi.

- Córeczki czują się coraz lepiej - cieszy się Beata. - Same oddychają i mają coraz większy apetyt. Już przybrały na wadze. Można je już kłaść na brzuszku.

Są do siebie tak podobne, że trudno je odróżnić. Uszy mają po dziadku, a wysokie będą chyba po mężu, bo urodziły się długie...

Jolanta Gromadzka-Anzelewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.