Gabriela Pewińska

Chór jak most łączy pokolenia

Chór jak most łączy pokolenia Fot. Strona www chóru
Gabriela Pewińska

Chór Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego ma już 70 lat. Ponad połowa chórzystów to medycy. 15 stycznia będzie można posłuchać ich w kościele na Oruni. Z Jerzym Szarafińskim i Marcinem Nowińskim z Chóru Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego rozmawia Gabriela Pewińska

Jak śpiewająco rozpocząć nowy rok?

Jerzy Szarafiński, dyrektor artystyczny, dyrygent: My nie ustajemy w kolędowaniu! Kolędy będą w naszym repertuarze aż do lutego! Przed nami dwa koncerty, 15 stycznia w barokowym kościele św. Ignacego na Oruni i 27 stycznia w gdańskim Ratuszu Staromiejskim, pod patronatem Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Rektor uczelni, co trzeba podkreślić, jest fanem naszego chóru.

Rektor śpiewa?

J. Sz.: Nie, choć zawsze towarzyszy w najważniejszych dla chóru chwilach.

Wróćmy jednak do pierwszego pytania, jak najlepiej rozpocząć nowy rok? Z muzyką? Ta ponoć świetnie wpływa nie tylko na psychikę, ale w ogóle na organizm. Pan, lekarz, ale i chórzysta coś pewnie o tym wie?

Marcin Nowiński, prezes, chórzysta: Muzyka ma wpływ na nasze zdrowie, co zostało udowodnione naukowo. Powoduje wydzielanie w organizmie substancji, myślę tu o osławionych endorfinach, które działają na nas niezwykle korzystnie. Ale bycie w chórze to nie tylko śpiewanie, to też przebywanie w grupie, poznawanie nowych ludzi, to budowanie więzi, uczenie się kompromisu. Z bycia w chórze wynika, można powiedzieć, samo dobro.

J. Sz.: Prowadzenie chóru to tworzenie bardzo specyficznej społeczności. Przychodzą do nas ludzie wrażliwi. Prócz tego, że obdarzeni głosem i słuchem, mają w sobie jeszcze to „coś”, poczucie estetyki, piękna, przynajmniej piękna na dźwięk. Tworzymy harmoniczną całość. To dyscyplina połączona z artyzmem.

Członkami chóru są głównie lekarze?

M. N.:
Gdy przystąpiłem do zespołu, a było to w 2004 roku, odsetek absolwentów Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego nie był duży, choć było wśród nas wielu lekarzy, farmaceutów, były panie pielęgniarki, nawet fizjoterapeuci. Dziś w chórze jest więcej jak połowa medyków, od lekarzy po dietetyków.

J. Sz.: Chór nasz, w swojej 70-letniej tradycji, nigdy nie był zbudowany jedynie z absolwentów uczelni medycznej. To jednak trudne, czasochłonne studia. Tylko najzdolniejsi mogą sobie pozwolić na kilka godzin prób w tygodniu. Dlatego, tradycyjnie, uzupełniamy skład o tych, którzy po prostu kochają śpiewać.

A wśród medyków kto najlepiej śpiewa? Kardiolodzy? Ortopedzi? A może laryngolodzy?

M. N.: Laryngolog, oczywiście, jest wśród nas.

Dietetycy na pewno śpiewają cienkim głosem.

M. N.: Akurat nasza koleżanka dietetyk jest altem. Ale, trzeba to podkreślić, siła chóru polega na tym, że grupa ludzi potrafi zaśpiewać wspólnie, potrafi stworzyć muzyczną harmonię, która jest zapisana w nutach. Można być kiepskim solistą, a dobrym chórzystą.

J. Sz.: Członkowie chóru to ludzie w pewnym sensie wybitni, to elita, indywidualności. Ludzie nieprzeciętni w odczuwaniu nie tylko muzyki, ale i świata w ogóle.

Są w historii chóru lekarskie sławy?

M. N.: Wielu obecnych profesorów miało u nas swoje pięć minut. Dwie panie profesor, kardiolog i pediatra, czynnie pracujące na uczelni, są obecnie członkiniami naszego zespołu.

J. Sz.: Dla wielu lekarzy przyjście na próbę to oddech po -bywa - niezwykle wyczerpującym dniu w pracy.

M. N.: Ja sam, po ciężkim dyżurze w szpitalu, z radością idę śpiewać. To jak wejście do innego, porywającego świata, gdzie rządzi jedynie muzyka, nuty.

Moja babcia, która uwielbiała śpiewać, uważała, że jak ktoś na co dzień sobie nie podśpiewuje, to znaczy, że pewnie coś mu jest, coś go dręczy, że po prostu jest chory. Pan jako śpiewający lekarz też tak myśli?

M. N.: Jest takie piękne powiedzenie: Gdzie słyszysz śpiew, tam dziecię idź, tam ludzie dobre serca mają.

J. Sz.: Mówi się też: Kto śpiewa, podwójnie się modli.

M. N.: Muzyka łagodzi obyczaje, jednocześnie wycisza, uspokaja. Tam, gdzie się śpiewa, wszyscy stają się łagodniejsi.

Pan doktor jakim głosem śpiewa?

M. N.: Jestem tenorem. Choć wolałbym być basem. Tak to już u nas jest, że alty chciałyby być sopranami, soprany altami... (śmiech)

J. Sz.: Jest też inna prawidłowość, a dotyczy małżeństw w naszym chórze. Przeważnie łączą się w pary tenor z altem! Albo sopran z basem.

M. N.: Zupełnie niebywałe, niewytłumaczalne zjawisko! Na dodatek chór ma 70 lat i 70 par małżeńskich! Większość to znajomości zawarte w zespole. Przyszło też na świat sporo „chóralnych” dzieci. Rośnie nam nowa kadra. Jest też wielu członków chóru, których rodzice śpiewali u nas, są i całe rodziny chóralne. Tradycja międzypokoleniowa kwitnie! Nasz chór to most łączący pokolenia. To umiejętność dzielenia się. Więzy przyjaźni. Wzajemna pomoc, wparcie, nie tylko w tych radosnych chwilach, jakimi są śluby, ale i wtedy, gdy pojawiają się problemy, gdy potrzebna jest pomoc, gdy odchodzą nasi bliscy... Trwanie w takiej społeczności uczy bycia razem.

Przez te 70 lat repertuar chóru bardzo się zmienił?

J. Sz.: Repertuar zależy od dyrygenta. Jestem tradycjonalistą, ale hołduję muzyce wszelkiej, przede wszystkim jednak takiej, która da słuchaczom przyjemność.

M. N.: Ja najbardziej lubię muzykę ludową. Ona we mnie gra. Może dlatego, że pochodzę z miasta Oskara Kolberga? Mamy tak piękną kulturę ludową, tak bogate pokłady muzycznego folkloru, że wstyd byłoby z tego nie skorzystać.

J. Sz.: W naszym repertuarze muzyka ludowa oczywiście jest. Piosenki kaszubskie śpiewaliśmy ostatnio na Festiwalu Pieśni o Morzu w Wejherowie.

M. N.: Tak jak inne narody szczycą się swoją muzyką ludową, u nas wciąż traktowana jest z przymrużeniem oka. A tymczasem nie ma się czego wstydzić. Młodzi ludzie niechętnie ją wykonują, bo jej po prostu nie znają. Szkoda.

J. Sz.: Nasz repertuar to są etapy. Swego czasu chętnie wykonywaliśmy muzykę cerkiewną. Na międzynarodowym konkursie w Hajnówce w 2002 roku zajęliśmy pierwsze miejsce.

M. N.: To były niezwykłe przeżycia, w których niestety jeszcze nie było dane mi uczestniczyć. Znam je jedynie z opowieści. Kolega wspominał, że gdy usłyszał śpiew rozlegający się w niezwykłej akustyce cerkwi, to najpierw on się rozpłakał, a gdy rozpoczął się koncert - widownia. Taki to był efekt i takie wzruszenie.

J. Sz.: Kiedy ogłoszono wyniki konkursu, pop owej cerkwi, zachwycony naszym śpiewem, powiedział: Moje modlitwy zostały wysłuchane. Myślę, że wtedy udało nam się - dosłownie - oddać ducha muzyki.

Wysokie laury zdobyliśmy też na konkursach w Grecji, Macedonii, w Rydze czy w Chinach, ale dla nas i tak najważniejsze jest samo śpiewanie, nie ściganie się po nagrody, choć otrzymywanie ich jest oczywiście bardzo miłe. Największym sukcesem chóru jest to, że nieprzerwanie trwa od 70 lat. Ta wielopokolenio-wość jest bardzo ważna, młode głosy pięknie współbrzmią z głosami najstarszych chórzystów.

Wszyscy uczymy się od siebie nawzajem. To, co najcenniejsze, to bogactwo doświadczenia. I wynikająca z tego wyjątkowa barwa muzyki, którą przekazujemy.

M. N.: Obchodzimy zacny jubileusz, ale wigor mamy większy niż niejeden siedemdziesięciolatek! Planów ogrom. Wciąż przyświeca nam idea popularyzowania muzyki chóralnej. Chcemy udowodnić, że śpiew solowy jest piękny, ale nie da się jednym głosem wydobyć akordu.

Najbliższe plany?

J. Sz.: To przede wszystkim wielki koncert w Centrum św. Jana, w ramach czerwcowego cyklu Świętojańskie Świętowanie. Wykonamy „Mszę Buenos Aires” argentyńskiego kompozytora, pianisty Martina Palmeri. Ów, na dodatek, przyjedzie do Gdańska, by wystąpić z nami. Takich rytmów jeszcze nie prezentowaliśmy.

M. N.: Przed nami także turnée przez Ukrainę do Rumunii i Bułgarii, gdzie zaprezentujemy rodzimy, ale i lokalny, gdański repertuar.

Co będzie się śpiewało w 2017 roku? Co będzie na fali?

M. N.: Mam nadzieję, że będzie to wreszcie czas muzyki ludowej. Bardzo bym tego chciał.

Dlatego dziś rzucam hasło: Nie zapominajmy o folklorze w muzyce! Poprośmy naszych dziadków, babcie, by nam zaśpiewali dawne melodie! Na pewno chętnie to zrobią, na pewno pamiętają, jak kiedyś w domach się śpiewało. Dziś ten zwyczaj zanika. Pokazują to choćby minione święta. Kolęduje się w niewielu rodzinach. Uważam, że trzeba tę tradycję odbudować. W moim domu nie odpuściłem w tym roku. Wszystkich zagoniłem do śpiewania, wtórowała mi babcia. Pozostali nie mieli wyboru.

Gabriela Pewińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.