Chełmowski jest obecny w samotnie wędrującym motylu

Czytaj dalej
Fot. Magdalena Wirkus
Gabriela Pewińska

Chełmowski jest obecny w samotnie wędrującym motylu

Gabriela Pewińska

Rok 2017 to Rok Józefa Chełmowskiego. Niezwykłego artystę i myśliciela z Brus-Jaglii, człowieka, którego nazywano kaszubskim Leonardem da Vinci, wspomina wnuczka Magdalena Wirkus

Dla wielu był postacią zagadkową, kaszubskim Leonardem da Vinci, człowiekiem renesansu. Z naukowcami, na przykład, zdarzało mu się dyskutować o teorii grawitacji Einsteina, choć mówił, że jedyny uniwersytet, jaki skończył, to „uniwersytet życia”. Znał kilka języków, ale nie rozwodził się nad tym, twierdził: Języki w ogóle nie są barierą w porozumiewaniu się z ludźmi. Ja je wszystkie rozumiem. Trochę ciężko idzie mi ze staroegipską pisownią obrazkową, ale też w końcu jakoś daję radę... Malował, rzeźbił, cytował Kanta, cytowałby i Schillera, gdyby nie to, że za jego poezją nie przepadał. Za to wiersz Goethego - w oryginale - recytował mi w swoim feerycznym ogrodzie. Przy ulu, który miał postać poety. Konstruował dziwne maszyny, instrumenty muzyczne, filozofował: Do czego tak doskonałej istocie, jaką jest Bóg, potrzebny jest tak niedoskonały człowiek? Gdy Pani myśli o dziadku…

Na pierwszej stronie swojego albumu wkleiłam naszą wspólną fotografię. Na niej - taras domu dziadków. Stoi tam mnóstwo skrzynek z jabłkami. A my siedzimy sobie na tle witraży… Mam może trzy lata. Nie pamiętam tej sytuacji, ale lubię to zdjęcie, po prostu dziadek i wnuczka.

Chyba nie był dziadkiem, którego można byłoby beztrosko pociągnąć za brodę.

Chyba nie.

Był czarodziejem? Postacią z bajki?

Nie chodziło się z nim na przechadzki ani na zakupy. Takimi rzeczami się nie zajmował. O obejście dbała babcia. A dziadek to był - dziś powiedzielibyśmy - outsider. Zadomowiony w swoim świecie, którego mocno się trzymał, choć wejścia doń nie bronił. Z radością witał nadjeżdżających tłumnie doń turystów. Także swoje wnuki. Ale żeby go stamtąd wyrwać - nie było łatwo. Odstępował od swoich zajęć, gdy zdarzało mi się prosić go o materiały do szkoły. Jednak nie dawał gotowych odpowiedzi. Ze starej, głębokiej szafy wyciągał natomiast jakąś mądrą książkę. Wręczał mi ją. I tyle. Nie narzucał, nie radził, nie pouczał. Uważał, że każdy sam musi szukać własnej drogi.

Nigdy nie odpowiadał na pytania. Zawsze mówił o tym, o czym sam chciał mówić.

Filozofował. Krążył myślami. O cokolwiek by się go pytało. Nie było łatwo przeniknąć w ten jego świat, ale kto nie lubił go słuchać! Chyba zazdroszczono nam takiego dziadka. Choć jego silna osobowość wywoływała w nas czasem skrajne uczucia. To nie my byliśmy w centrum uwagi...

Jako ciekawe świata dziecko próbowałam za to wejść w jego rolę, wchodziłam do jego pracowni, brałam dłuto, jakiś kawałek drewna. Dziecięca zabawa. Nie bronił, ale i nie wnikał w tę moją - dziecka - twórczość. To, że nigdy nie oceniał, nie krytykował, nie przekreślał z góry - podobało mi się. Uważał, że wszystko, z czasem, przyjdzie samo. Nie ma co przyśpieszać. Zresztą sam długo nie wiedział, kim chce być. Pierwszą wystawę swoich prac zrobił, gdy skończył 40 lat. Długo szukał pomysłu na siebie.

Ale też i miał wiele talentów. Malarz, rzeźbiarz, filozof…

Przedtem jednak także - mąż i ojciec. Ktoś, kto musi rodzinę utrzymać. Z samego rzeźbienia aniołów byłoby mu trudno. Prowadził gospodarstwo. Uprawiał ziemię. Zajmowały go obowiązki bardzo prozaiczne.

Trudno mi wyobrazić sobie Józefa Chełmowskiego, który nalewa kawę do filiżanek. Raczej, jak mówił, „przelewał mądre słowa”.

Pamiętam go za to, jak gotuje bób. Uwielbiał go!

Coś jadał? Pijał?! Niebywałe!

Przy stole siedział często zamyślony. Zwykłe życie nie bardzo go interesowało. Podczas rodzinnych uroczystości chętnie wspominał dawne dzieje, wojnę. Wraz z rodzeństwem, nie zawsze pilnie go słuchaliśmy, nie wszystko rozumieliśmy. Bywało za to, że grzebaliśmy mu w tych jego skarbach, zapiskach, w tym wszystkim, co chomikował przez lata. Najbardziej nas cieszyło, gdy w sentencjach umieszczonych na jego pracach - rzeźbach czy obrazach - udało nam się wyłapać błędy ortograficzne, literówki. Przez chwilę czuliśmy, że wreszcie go na czymś złapaliśmy, że przejrzeliśmy ten dziadka tajemny świat! Jednak to nasze dobre samopoczucie nie trwało długo. Gdy z dumą pokazywaliśmy mu te nasze odkrycia, oznajmiał, że to zamierzone, że tak musi być. To, że robił błędy - efekt ukończenia niemieckiej szkoły - nie przeszkadzało mu w ustawicznym kształceniu się. Wciąż czytał, szukał, drążył. Wszystko go interesowało. On sam interesował nas. Chętnie chodziliśmy z nim po ogrodzie, słuchając tych jego opowieści. Po tym intymnym świecie dziadka oprowadzałam też kolegów z podwórka. Przy drodze, w siatkę ogrodzenia wrastały klony, wspinaliśmy się na gałęzie i tkwiliśmy ukryci wśród zieleni, niejako pomiędzy światami: dziadkowego ogrodu i całej reszty.

Anioł na płocie, strażnik tego miejsca już dawno stracił skrzydło. Dziadek opowiadał, że ten anioł na końcu ogrodu nad tym wszystkim czuwa.

Talenty plastyczne odziedziczyła Pani po dziadku. Robi Pani bardzo malarskie zdjęcia.

Po dziadku mam raczej duszę marzyciela. Nim na świat przyszedł najstarszy z moich synów, nie przyszłoby mi do głowy, by zaprzyjaźnić się z aparatem. Chciałam uwiecznić uciekające chwile dzieciństwa swoich dzieci, co się okazało świetną odskocznią od domowych obowiązków, a może i pasją. Ale malować ani rzeźbić nie próbowałam nawet, myślę, że to temat w naszej rodzinie wyczerpany. Niejako przynależny tylko jednej osobie. Zarezerwowany na wieczność. A fotografią dziadek się akurat nie zajmował. Pamiętam, jak w tym jego ogrodzie robiłam Mikołajkowi pierwszą sesję zdjęciową. Dziadek z milczącym przyzwoleniem zgadzał się, bym wynosiła z pracowni „rekwizyty”, jakiś stary stolik, korytko. Teraz, od czasu do czasu, chodzę z aparatem po tym ogrodzie i fotografuję schedę, którą po sobie pozostawił. To, co tam się dzieje.

Co się dzieje?

Natura w szybkim tempie zajmuje się rzeźbami, które w ogrodzie postawił, ich kolory blakną. Choć już kiedyś, tak dziadek, jak i babcia, mówili, że te jaskrawe barwy w sadzie nie bardzo im odpowiadają. Że lepiej będzie, gdy do natury się dostosują. I natura, niejako na ich życzenie, wieńczy dzieło.

Wielbiciele twórczości Józefa Chełmowskiego alarmują, by ratować ten odchodzący pomału, za swoim gospodarzem, ogród.

Wiele osób deklaruje pomoc, by zabezpieczyć ekspozycję przez dalszą erozją. Na szczęście, jeszcze wciąż o ogród troszczy się babcia. Ale anioł na płocie, strażnik tego miejsca już dawno stracił skrzydło. Dziadek opowiadał, że ten anioł na końcu ogrodu nad tym wszystkim czuwa. Więc dopóki jest, może nie wszystko stracone?

Cały jego dom był w aniołach. Były w komórce, w szopie, ogrodzie. Na ganku, na płocie, na wszystkich gospodarskich dachach. W oknach, na drzewach. Oczy wznosiły. Nie śmiały się, ale też i nie płakały. Twierdził: „Kiedy życie idzie dalej, na nic się nie narzeka, można powiedzieć, że anioł jest blisko”. W filmie Andrzeja Dudzińskiego mówił: Świat oblega aniołami. Nie tylko każdy z nas ma swojego Anioła Stróża, jest jeszcze cała strefa aniołów, które są łącznikami między nami a Stwórcą. I to one pilnują porządku we wszechświecie.

Niedawno, podczas inauguracji Roku Józefa Chełmowskiego, głos zabrał ksiądz prałat, dawny proboszcz naszej parafii. Powiedział, że Józef Chełmowski był znakomitym teologiem. Ciepło zrobiło mi się na sercu, bo niektórzy z przymrużeniem oka słuchali tych dziadka anielskich opowieści. Ale on i tak niczym się nie przejmował. Jego świat miał solidne podstawy. W to, co robi, co myśli, w swoją sztukę, w siebie wierzył na sto procent. Nikogo nie udawał. Tą postawą uświadomił mi, że najważniejsze to być sobą.

Ktoś zauważył, że czasem przypominał Van Gogha, z tą jego niezachwianą wiarą we własną twórczość. Mimo że cały świat próbował go odrzucić, robił swoje. W trójce Pani synków jakoś dziadek jest obecny?

Chyba najbardziej w najstarszym, który myślami krąży gdzieś w chmurach, to gaduła i póki co płodny rysownik. Chyba jeszcze pamięta pradziadka. Moi trzej synowie to Jan, Mikołaj i Bartłomiej… Pewnie zapyta Pani, dlaczego nie Józef.

Dlaczego?

Może ktoś z mojego rodzeństwa, kuzynostwa odważy się nadać to imię własnym dzieciom... Dla mnie Józef to nasz dziadek. Czasem od innych dowiadywałam się rzeczy, o których nam nigdy nie mówił. Wiele z tego, co o nim pisano, zaskakiwało mnie. Z drugiej strony, wszystko, co dotyczyło jego życia, było prawdopodobne. Rok po śmierci dziadka miałam okazję opowiadać o nim turystom. Lubiłam patrzeć na ich zadziwione twarze, nie dowierzali, że był możliwy taki człowiek.

Na mnie zawsze robiła wrażenie jego kronika nadzwyczajnych śmierci i zawarta tu historia pewnej pani, która przyjechała doń z prośbą, by wyrzeźbił dla niej anioła śmierci. Nie za bardzo chciał to zrobić, ale ona nalegała. Więc się zgodził. Kupiła rzeźbę, a po trzech miesiącach umarła.

O Boże! Chyba muszę do tej kroniki zajrzeć!

Dziadek odszedł, gdy miałam 27 lat. Nagle. Nie zdążyliśmy go poznać tak do końca, ale - jak widać - wciąż może nas wprawić w zdumienie. Domostwo i obejście są jego pełne i nieprzerwanie ma się wrażenie, że on zaraz do nas wyjdzie, z ogrodu, z warsztatu. Dla mnie i dla innych wtajemniczonych jest wciąż obecny w samotnie wędrującym po skansenie motylu…

Józef Chełmowski niezmiennie przychodzi do ogrodu?

Wciąż tam jest.

Zawsze krążył pomiędzy światami.

Wspomnienie, które wraca... Mam sześć lat. Jest ciepłe lato. Przyglądam się, jak dziadek struga w drewnie serię ptaszków. Pomalowane, schną w słońcu. Podarował mi jednego. Nagroda za cierpliwość? Za to, że próbowałam być blisko? Ptaszek był niebieski.

Jego ulubiony kolor.

I mój.

Józef Chełmowski (1934-2013) Kaszubski artysta ludowy, malarz, rzeźbiarz. Myśliciel. Człowiek wielu talentów. Swoje dokonania prezentował na wystawach w kraju i za granicą. Największe zbiory jego prac znajdują się w Muzeum Zachodnio-Kaszubskim w Bytowie czy w Muzeum Etnograficznym w Toruniu, ale też w prywatnych kolekcjach w kilkunastu krajach świata. Na temat jego oryginalnej twórczości i osobowości powstały dokumenty filmowe, albumy fotograficzne i prace magisterskie.
Miał 2 córki i 7 wnuków. Rok 2017 Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie ustanowiło Rokiem Józefa Chełmowskiego

Gabriela Pewińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

promocja -50%

Gazeta online przez 90 dni za połowę ceny

55,00 110,00

Skorzystaj z promocji i ciesz się codziennym dostępem do gazety online przez 90 dni. Z tą ofertą oszczędzasz aż połowę ceny!

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.