Bycie tatą podoba mu się bardziej niż występy w kinie i w teatrze

Czytaj dalej
Fot. Tomasz Bolt
Paweł Gzyl

Bycie tatą podoba mu się bardziej niż występy w kinie i w teatrze

Paweł Gzyl

Marcin Dorociński dorobił się w ostatnich latach miana naczelnego amanta polskiego filmu. Tymczasem w życiu prywatnym jest wiernym mężem i dobrym ojcem. Dom i najbliżsi dają mu poczucie stabilizacji, o jakim zawsze marzył

To jeden z tych polskich aktorów, o którym można bez wahania powiedzieć „wzorowy ojciec”. Potwierdzają to sąsiedzi Marcina z warszawskiej Starej Ochoty, którzy widują go często, jak odprowadza do szkoły lub chodzi na spacery z dwójką swoich pociech - ośmioletnią Janinką i dziesięcioletnim Stasiem.

- Podoba mi się bycie tatą. Lubię to. To mi daje odskocznię. I jakoś mnie to zajmowanie się maluchami wcale nie stresuje. (...) Fajnie jest oglądać razem filmy rysunkowe. Można też rzucać kolorowe gumowe rzeczy na okna i patrzeć, jak spadają. Albo rysować. Albo się po prostu wygłupiać. Bardzo lubimy, na przykład, jeździć samochodem - wyznaje w „Gali”.

Mimo że jest powszechnie rozpoznawany, jako często pojawiający się w telewizji i w kinie aktor, to właśnie on przychodzi na szkolne wywiadówki. Chętnie bierze udział we wszelkich uroczystościach szkolnych. Rodzice kolegów i koleżanek jego dzieci są zaskoczeni, że gwiazdor jest tak zwyczajny i serdeczny.

- Gdy pojawiają się dzieci, zmieniają się priorytety. Bardzo długo czekałem na moment, w którym zostanę ojcem. Spełniło się moje największe marzenie i to jest cudowne - mówi w „Twoim Tygodniu”.

Marcin ma również dobre relacje z Kubą - dorosłym już synem jego żony z jej pierwszego małżeństwa. Kiedy przez pewien czas chłopak mieszkał z resztą rodziny, nigdy nie dochodziło do jakichś poważnych konfliktów. Dlatego wbrew temu, czego można by się spodziewać, Kuba jest zżyty z nową rodziną mamy.

- Jestem normalnym kolesiem, który spędził kilkanaście lat swojego życia na wsi wśród mnóstwa cudownych rówieśników, bawiąc się w to samo co miliony dzieci w Polsce. (...) Prowincja to nie żaden kompleks. Jak rodzina da ci siłę, to nie masz żadnych kompleksów. Dostałem od moich rodziców dużo wsparcia - tłumaczy aktor w „Gali”.

Dwie lewe ręce

Marcin wspomina dzieciństwo jako sielski czas spędzony w Kłudzienku koło Malinówka. Była to mała wieś, z której niemal wszyscy byli zatrudnieni w instytucie mechanizacji rolnictwa. Większość mieszkała w trzech blokach postawionych dla jego pracowników. Ojciec Marcina był kowalem - i chciał, żeby jego syn również zarabiał na życie własnymi rękami. Tymczasem okazało się, że chłopaka w ogóle nie ciągnie do takich rzeczy. Zrozumiał to, kiedy po podstawówce zaczął uczyć się w technikum w Grodzisku Mazowieckim.

- Miałem dwie lewe ręce, jak do wszystkich spraw technicznych. Dogniatanie wałów korbowych i pracę na przeciągarce podczas praktyk w FSO wspominam jako abstrakcyjne i potwornie nudne zajęcie. Szanuję i podziwiam tych, którzy mogli tak przez trzydzieści lat. Ja podczas pracy myślałem tylko o koleżankach, kawie zbożowej i kanapkach - śmieje się w „Playboyu”.

Dwaj jego starsi bracia znaleźli pracę w policji. Chcąc im dorównać, już w wieku dziesięciu lat zapisał się do Ochotniczej Straży Pożarnej. Uruchamianie pomp i skakanie z wężem przez płotki tak mu się podobało, że po maturze chciał złożyć papiery do Szkoły Głównej Szkoły Pożarniczej. W liceum jego serce rozpaliła jednak jeszcze inna pasja, która sprawiła, że jego życie potoczyło się inaczej.

- Pochyliło się nade mną mnóstwo życzliwych osób: przede wszystkim pani Izabela Kunst, nauczycielka historii. Co prawda nie uczyła mojej klasy, ale kiedyś po szkolnej akademii, na której śpiewałem i się wygłupiałem, podeszła i zapytała, czy nie myślałem o tym, by zdawać do szkoły teatralnej. Odpowiedziałem, że to nie dla mnie, że za wysokie progi. Ale pani Iza wiedziała swoje. (...) Zanim wziąłem oddech, żeby powiedzieć, że to się nie może udać, byłem już w szkole teatralnej z indeksem - wspomina w „Polityce”.

Bardzo oddany żonie

Jak sam przyznaje, akademia wiele mu dała. Choć początkowo nie było mu łatwo - zajęcia trwały od rana do wieczora, więc czasem padał ze zmęczenia i zasypiał na wykładach. Już na drugim roku Krystyna Janda wybrała go do roli Cyda, reżyserując Teatr Telewizji.

- Potem było oglądanie spektaklu w telewizji wspólnie z rodzicami, którzy zobaczyli syna przebranego za księcia… (...) W bloku w Kłudzienku to był prawdziwy kosmos. Już nie mówiąc, że z honorarium, niewielkiego jak na owe czasy, mogłem zwrócić rodzicom pieniądze za cały rok utrzymywania mnie na studiach - opowiada w „Polityce”.

Po studiach musiał się łapać dorywczych zajęć. Najpierw zatrudnił się jako kelner - ale poganiał kucharza z zamówieniem i ten o mało nie zabił go rzuconym weń ze złości nożem. Potem występował na spotkaniach promujących nowe szampony i prowadził telewizyjny program. Szansę szerszego zaistnienia w kinie dał mu dopiero Patryk Vega, oferując główną rolę w swoim „Pitbullu”.

Po studiach pracował jako kucharz, co o mały włos nie przypłacił życiem

- Roli „Despera” w „Pitbullu” zawdzięczam wiele. Patryk Vega zobaczył we mnie kogoś innego, charakterystycznego typka. To był przełom. Nie tylko zupełnie inna rola, ale także przewartościowanie tego, z czym kojarzyło mi się dotąd kino. Dopiero podczas pracy nad „Pitbullem” zrozumiałem, że nie powinienem obawiać się własnych pomysłów. Tylko wtedy praca ma sens, jest twórcza i dopingująca. Poszczególne pomysły mogą być lepsze lub gorsze, ale są moje - deklaruje w „Onecie”.

Wcześniej udało mu się zdobyć etat w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Pracował tam pod okiem najlepszych polskich reżyserów młodego pokolenia - Grzegorza Jarzyny, Krzysztofa Warlikowskiego i Agnieszki Glińskiej. Mógł też podpatrywać aktorskich gigantów - choćby niezapomnianego Marka Walczewskiego.

- Gdy byłem chłopcem, rzucałem kolegów, piłkę i gnałem przed telewizor, żeby zobaczyć Robin Hooda. Chciałem być jak on, najpewniej każdy dziesięciolatek chciał. (...) I kiedy zostałem aktorem, zorientowałem się, że mogę nim być. Każdym, kim zamarzę. Robin Hoodem, rozwałkowanym przez wojnę akowcem, dziennikarzem śledczym, zaangażowanym społecznikiem, kusicielem z bezpieki. Mogę mieć wielkie przygody, być twardzielem, całować piękne kobiety. Za ciężkie role zapłacę, ale nie ma profesji bez kosztów - mówi w „Gazecie Wyborczej”.

Choć jest niekwestionowanym przystojniakiem, nie był mu pisany los playboya. Przez pewien czas był ponoć związany z Małgorzatą Kożuchowską, ale stabilizację zapewniła mu dopiero Monika Sudół - scenografka filmowa. Mimo że wniosła do małżeństwa syna Kubę, para doczekała się własnego potomstwa.

- Dziewczyny, które pracują w charakteryzatorni, wręcz prześcigają się w różnego rodzaju sztuczkach, by choćby z aktorem poflirtować. Ale on zawsze zachowuje bezpieczny dystans. Nie podejmuje z kobietami nawet najbardziej niewinnych żartów. Jest bardzo oddany żonie - powiedziała „Dobremu Tygodniowi” osoba z branży.

D O R O C I Ń S K I

D jak debiut

Marcin zadebiutował w polskim kinie w dosyć nietypowym filmie. Była to zrealizowana w 1996 roku przez Andrzeja Żuławskiego skandalizująca „Szamanka”. Zagrał tam tylko epizod.

O jak ojciec

Aktor ciepło wspomina swego ojca - kowala.

- Był ambitny i niecierpliwy. Chciał, żebym wszystko robił szybko i świetnie. Żebym był geniuszem. Ale chyba każdy ojciec tak ma - uśmiecha się.

R jak rock

Marcin przyznaje, że jako dzieciak lubił muzykę disco - głównie duet Modern Talking. Potem zachwycił się rockiem. Jego ulubionym zespołem był U2, który swą muzyką zaszczepił mu tęsknotę za światem.

O jak „Ogród Luizy”

Za rolę gangstera Fabiana „Fabio” Sawickiego w filmie Macieja Wojtyszki „Ogród Luizy” z 2007 roku aktor został uhonorowany prestiżową nagrodą na 32. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

C jak czas

Marcin większość wolnego czasu poświęca dzieciom i żonie. - Czasami spotykam się z kumplami na wiśniówce albo piwie; rozmawiamy wtedy o kinie, polityce - mówi.

I jak instynkt

Aktor bardzo szybko odnalazł w sobie instynkt ojcowski. - Od samego początku, kiedy się dowiedziałem, że jesteśmy w ciąży, poczułem się ojcem - tłumaczy w wywiadzie.

N jak niechcący

Marcin nie ukrywa, że popełnił w życiu kilka błędów. - Niektórzy mi pomogli, niektórym ja pomogłem. Niektórych niechcący skrzywdziłem, niektórzy mnie skrzywdzili - twierdzi.

S jak schronisko

Aktor kocha psy. Kiedy jakiś czas temu zdechła jego suczka Sukienka, wybrał się do schroniska w Korabiewicach i wziął stamtąd dwa kolejne psiaki - Rózię i Chlebka.

K jak „ktoś inny”

Marcin głęboko wchodzi w każdą rolę. Filmowa postać zmienia go. - Często nie dostrzegam, kiedy to następuje, widzi to moja żona: „Kotku, ty już jesteś kimś innym” - mówi.

I jak irytacja

Kiedy na planie pojawia się ktoś z zewnątrz lub ekipa telewizyjna, kręcąca reportaż, aktor irytuje się - czuje się onieśmielony i wydaje mu się, że jest... przebrany. (GZL)

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.