Marek Ponikowski

Autosalon. Kto jeździł czarną Wołgą?

Ford Mainline rocznik 1952-53 - natchnienie stylistów z fabryki GAZ. Auto sfotografowano w latach 50. na moskiewskiej ulicy Fot. Classic Car Catalogue Ford Mainline rocznik 1952-53 - natchnienie stylistów z fabryki GAZ. Auto sfotografowano w latach 50. na moskiewskiej ulicy
Marek Ponikowski

Mocarstwowy status miała symbolizować budowa w Moskwie „stalinowskich drapaczy chmur” i oddanie partyjnej nomenklaturze samochodów przypominających te, którymi jeździli amerykańscy imperialiści.

Wpisując w okienko wyszukiwarki hasło „czarna Wołga”, przekonają się państwo, że program wyświetli imponujący wykaz stron dotyczących tego tematu, ale bardzo się rozczarujecie ich zawartością. To w gruncie rzeczy kilka plotek o zjawisku, które bulwersowało Polaków w latach 60. i 70. wieku XX. Podobno w wielu miejscowościach znikały dzieci, a w każdym przypadku świadkowie wspominali o pojawiającym się w okolicy czarnym samochodzie marki Wołga, z jasnymi firaneczkami w oknach. Kim byli porywacze? Czasem chodziło o funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, w innych przypadkach o księży lub zakonnice, o Żydów wykorzystujących krew dzieci do jakichś mrocznych rytuałów, o wampiry albo satanistów. Był też wariant mówiący o przetaczaniu dziecięcej krwi umierającym na białaczkę bogatym Niemcom z RFN i późniejszy - o wykorzystywaniu jej do podtrzymywania funkcji życiowych wyniszczonego alkoholem organizmu Leonida Breżniewa. Ktoś próbował nawet łączyć czarną Wołgę z głośnym porwaniem w styczniu 1957 roku Bohdana Piaseckiego, syna szefa stowarzyszenia PAX, przed wojną przywódcy Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”. Tym, którzy tę plotkę kolportowali, nie przeszkadzało, że produkcja Wołgi rozpoczęła się rok po uprowadzeniu i zamordowaniu syna Piaseckiego.

***

Wydarzenia II wojny światowej ułożyły się zupełnie inaczej, niż to sobie pod koniec lat 30. wyobrażał Józef Stalin. ZSRR nie stał się zwycięzcą w skali globalnej czy też, jak głosiła ówczesna propaganda, wyzwolicielem mas ludowych całego świata. Znalazł się jednak w gronie pogromców III Rzeszy, a pod kontrolę Moskwy trafiła Europa Środkowa, łącznie z dużą częścią terytorium Niemiec. Eksplozja pierwszej sowieckiej bomby atomowej w 1949 roku była sygnałem, że państwo Stalina awansowało do rangi światowego mocarstwa. Ten status miała symbolizować np. budowa w Moskwie „stalinowskich drapaczy chmur” czy też oddanie do dyspozycji partyjnej nomenklatury samochodów przypominających te, którymi jeździli amerykańscy imperialiści. W przypadku najwyższych dostojników praktykowano to zresztą już wcześniej: wożono ich luksusowymi limuzynami z USA, a począwszy od pierwszych lat powojennych - produkowanymi w Moskwie ZIS-ami 110, które były dość dokładną kopią Packarda rocznik 1942. Dla nieco niższych warstw nomenklatury fabryka GAZ w Gorki (wcześniej i dziś - Niżny Nowogród) wytwarzała limuzyny ZIM-12 M, o stylistyce wzorowanej na Cadillacu, ale z samonośnym nadwoziem i 6-cylindrowym silnikiem, notabene skopiowanym w konstrukcji Dodge’a. A co z nomenklaturowymi szarakami? Dla nich przeznaczone były Pobiedy, również z fabryki GAZ imienia Mołotowa. Śmierć Stalina w 1953 roku i chruszczowowska odwilż miały swoje odbicie także w motoryzacji. Dla nowej władzy należało przygotować nowe samochody, podobne do modnych w Ameryce krążowników szos. Fabryce w Moskwie (już nie imienia Stalina, ale Lichaczowa) oraz zakładom GAZ zlecono opracowanie większego i mniejszego wariantu limuzyny wzorowanej na Packardzie Clipper z roku 1955. A w Gorkim trwały już w tym czasie prace nad następcą Pobiedy.

***

Tradycyjnie zaczęło się od sprowadzenia kilku wytypowanych samochodów made in USA. Były to modele z lat 1952-53: Ford Mainline, Chevrolet 210, Plymouth Savoy i Kaiser J. W listopadzie 1953 roku gotowa była makieta nadwozia autorstwa Lwa Jeromiejewa, który czerpał pomysły z projektu Forda, ale twórczo je rozwinął, dodając liniom auta lekkości i dynamiki. Wiele detali, m.in. klamki, lampy czy sferyczny szybkościomierz, przeniesiono jednak wprost z aut amerykańskich. Skopiowano też trzybiegową skrzynię automatyczną, w którą wyposażony był Mainline; założenia konstrukcyjne auta oznaczonego symbolem M-21 przewidywały zastosowanie takiej właśnie przekładni, która miała współpracować z nowym, górnozaworowym silnikiem o pojemności zwiększonej w stosunku do Pobiedy M-20 z 2,1 do 2,4 litra. Stosownie wzrosła też jego moc. W czerwcu 1955 roku gotowe prototypy pojechały do Moskwy, by zyskać aprobatę specjalnej komisji państwowej. Jej przewodniczącemu, marszałkowi Żukowowi, nie przypadła do gustu osłona wlotu powietrza do chłodnicy i nakazał jej zmianę. Projektanci stworzyli nową, podobną do stosowanej w Fordzie Mainline, z dużą pięcioramienną gwiazdą pośrodku.

***

Produkcja Wołgi ruszyła na początku 1957 roku, ale jak zawsze w systemie gospodarki planowej nie ze wszystkim zdążono na czas. Pierwsze setki miały silnik „przejściowy”, o zwiększonej pojemności, ale z zaworami w kadłubie. Nie udało się też opanować produkcji automatycznych skrzyń biegów. Okazały się zawodne, brakowało do nich specjalnego oleju i sprawnego serwisu. W niemal wszystkich siedmiuset egzemplarzach automaty wymienione zostały na zwykłe, sterowane dźwignią przy kierownicy. Podobnie nie sprawdził się system centralnego sterowania podwozia. W roku 1958 roku ambitny marszałek Żukow został zdymisjonowany. W Gorkim uczczono to, wprowadzając w Wołdze II generacji wlot powietrza niemal identyczny z tym z prototypów. Auto zyskało na urodzie i zrobiło furorę na wystawie Expo w Brukseli. Trzecia generacja Wołgi pojawiła się na początku lat 60. Miała nieco mocniejsze silniki i więcej chromu na nadwoziu. Produkowano ją do roku 1970, gdy zastąpiła ją całkiem nowa, zdaniem ówczesnych użytkowników, gorsza Wołga GAZ 24. Ogółem powstało 639 478 egzemplarzy M-21. Te, które ocalały, są dziś cennymi zabytkami.

***

W książce „Czarna Wołga. Kryminalna historia PRL” Przemysław Semczuk przypomina głośne wydarzenia, które mogły stać się początkiem czarnej legendy. W kwietniu 1965 roku dwie kobiety zjawiły się w mieszkaniu rodziny Henclów na warszawskiej Pradze. Przekonały panią domu, że są kuzynkami jej męża. Gdy po paru godzinach Henclowa musiała wyjść do pracy, zostawiła trzyletnią córeczkę pod ich opieką. Po powrocie do domu Henclowie nie zastali kobiet ani dziecka. Już wkrótce milicja ustaliła, że na rondzie Wiatraczna cała trójka wsiadła do czarnego samochodu marki Wołga. Porwanie się nie udało. Dziecko zostało odnalezione pod Otwockiem, kobiety trafiły do więzienia, ale Wołgi i jej kierowcy nigdy nie zidentyfikowano.

marek.ponikowski@wp.pl

Marek Ponikowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.