Arcybiskup Alfons Nossol, ksiądz od pojednania

Czytaj dalej
Fot. Slawomir Mielnik
Krzysztof Zyzik

Arcybiskup Alfons Nossol, ksiądz od pojednania

Krzysztof Zyzik

Tego lata świętuje 60-lecie kapłaństwa i 85. urodziny. Całe życie budował mosty między ludźmi i narodami. Dziś martwi się, jak łatwo wskrzesza się demony XX wieku.

Trafiałem w życiu na ludzi szerokich. Więc dziś człowiek zacieśniony, także ksiądz zacieśniony, entuzjazmu we mnie nie wzbudzi. Choćby i był święty, jeśli jest ciasny, budzi mój niepokój – powtarza arcybiskup.

Dla Alfonsa Nossola ta „ciasnota” to tępy nacjonalizm, granie na lękach przeciw obcym. Arcybiskup wie, czym to pachnie. Dzieciństwo spędził w cieniu wojny. Seminarium i studia teologiczne w czasie stalinizmu. Biskupem był w burzliwych latach swarów narodowościowych, gdy na Opolszczyźnie płonęły pomniki.

Przez te trudne lata stał się na Śląsku Opolskim symbolem pojednania. Choć łatwo nie było, bo amatorzy bazgrania po murach wysyłali go do Berlina. I biskup do Berlina jeździł, ale wracał ze sprzętem medycznym dla opolskich szpitali. Doprowadził do zbudowania sieci stacji Caritas, które pomagały opolskim seniorom znosić trudy starości, choroby, często i samotności. W skali unikalnej w kraju.

Przyjaźniąc się z dwoma papieżami, szefami państw, wybitnymi naukowcami i twórcami kultury, Alfons Nossol nigdy nie przestał być skromnym księdzem z Opola, do którego można przyjść na rozmowę wprost z ulicy. Gdy był ordynariuszem, często korzystali z tej możliwości ludzie życiowo pogubieni. Zawsze wychodzili od opolskiego biskupa z przekonaniem, że znaleźli życzliwego słuchacza i doradcę. - Najkrótszą drogą człowieka do Boga jest drugi człowiek - powtarzał za Janem Pawłem II.

Kameralne pojednanie człowieka z człowiekiem było i jest dla Alfonsa Nossola fundamentem do budowy pojednania szerokiego - między kulturami i narodami. Symbolem pojednania polsko-niemieckiego stała się msza w Krzyżowej, której biskup był pomysłodawcą. To na tej mszy znak pokoju przekazali sobie premier Tadeusz Mazowiecki i kanclerz Helmut Kohl.

- Kiedy członkowie niemieckiej delegacji zobaczyli z jednej strony ściśnięty tłum, flagi i hasła „Helmut, jesteś też naszym kanclerzem”, a jednocześnie pełne smutku, a może i nienawiści twarze otaczających ich tajniaków, mieli obawy, czy w ogóle wyjadą z Krzyżowej cali i zdrowi – tak abp Alfons Nossol wspominał celebrowaną przez siebie mszę w książce „Radość jednania”.
O całej swojej drodze życiowej i kapłańskiej arcybiskup opowiedział nam w książce „Miałem szczęście w miłości”, którą wydaliśmy równo dziesięć lat temu w potrójną rocznicę: 75 lat urodzin, 50 lat kapłaństwa i 30 lat posługi biskupiej. Przypominamy dziś fragmenty opowieści księdza arcybiskupa o przeżyciach z dzieciństwa, które uczyniły go otwartym i wrażliwym na ludzką krzywdę człowiekiem. Księdzem, który częściej pociesza, niż potępia.

Mama nauczyła nas, że nie liczy się narodowość, tylko człowiek

Fragmenty książki „Arcybiskup Nossol. Miałem szczęście w miłości” autorstwa Krzysztofa Ogioldy i Krzysztofa Zyzika.

Jakie pierwsze wspomnienia z domu rodzinnego przechowuje ksiądz arcybiskup do dziś?

Jest to oczywiście przede wszystkim wspomnienie ojca i matki, a potem sióstr i braci, bo było nas w domu aż ośmioro. Ja urodziłem się jako piąty. Żebyśmy mogli wszyscy siadać wspólnie do posiłków, ojciec zamówił u stolarza wielki, zrobiony „na miarę” stół. Przy nim gromadziła się rodzina. Pod tym stołem ustawiałem też jako dziecko buty rodziców i rodzeństwa, bo przez długi czas odpowiadałem w domu za ich czyszczenie, zawsze w sobotę. Na początku stały buty ojca i mamy, na końcu najmłodszego brata. O to, kto jakie buty włoży, nie musiałem się martwić. Każdy miał tylko jedną parę. Czyściło się je w sobotę, bo w niedzielę nie można było pracować, ojciec bardzo tego pilnował. Czasem sprawdzał też, czy te buty są solidnie wyczyszczone. Nie godził się na odrabianie partactwa. Jak na którymś zostało błoto, musiałem, nieść je na schody i poprawiać, bo przecież w tych butach szło się w niedzielę do kościoła.

Od małego musieliście pomagać rodzicom w prowadzeniu domu?

Tak było. Prace domowe były w naszej rodzinie podzielone na „działki” i każdy wiedział, co do niego należało. Ktoś nosił węgiel i drewno, kto inny w każdą sobotę zamiatał podwórko i połowę ulicy. Sprzątać trzeba było solidnie. Ale kiedy zamiatanie przypadło mnie, to pilnowałem, żeby ani o centymetr nie wyjechać poza połowę drogi. Drugą połowę zamiatał sąsiad z naprzeciwka. Czasem, jak byłem zmęczony, modliłem się o deszcz, bo wtedy się nie sprzątało. Przez lata pobytu w domu przeszedłem przez wszystkie domowe roboty. Z mamą trzeba było wózkiem jeździć po trawę dla królików i po drewno z lasu (…).

Jakie domowe rytuały zostały w pamięci księdza arcybiskupa?

Świętowało się urodziny. Nie tylko rodziców, ale i wszystkich dzieci. Nawet kiedy z jedzeniem nie było w domu najlepiej, z okazji „Geburtstagu” mama zawsze piekła babkę w blaszanej formie. Mogliśmy z tej okazji zaprosić kolegów i koleżanki. Każdy dostał wprawdzie tylko cieniusieńki plasterek, bo trzeba się było podzielić, ale radość była wielka. Do dużego garnka zbożowej kawy mama dodawała parę ziarenek kawy prawdziwej, dla zapachu. Do dziś wspominam cudowny zapach tej kawy. No i solenizantowi poświęcało się dużo uwagi. Wszyscy, od najstarszych po maluchy, składali mu życzenia. Gratulacje malców, którzy mieli jeszcze kłopoty z wyrażaniem swoich myśli, były zwykle najciekawsze lub najśmieszniejsze.

Musieliśmy się z gwarą śląską ukrywać. Jeśli nauczyciel kogoś złapał, straszył rodziców, że stracą zasiłek rodzinny

Jakie dostawaliście prezenty?

Wielkich prezentów nie było. Zwykle dostawaliśmy coś, co i tak było nam nieodzowne. Nowe buty, jakąś koszulę. Rodzice pilnowali, by pierwsze kroki w takich nowych rzeczach skierować do kościoła. Dopiero potem można w nich było chodzić wszędzie. Z kościoła z kolei trzeba było wracać w niedzielę prosto do domu, żeby przynieść z mszy św. błogosławieństwo. Nie wolno było wstępować po drodze do kolegów ani na boisko. Dopiero jak babcia była chora, odwiedzaliśmy ją tuż po mszy. To był absolutny wyjątek, robiony tylko dla babci, która nas właściwie wychowywała. Ojciec pracował poza domem.

Jak wielu opolskich ojców dzisiaj...

Nie było innego wyjścia. Wprawdzie nie groziło nam bezrobocie, ale rodzice spłacali kredyt zaciągnięty na budowę domu. A ojciec w Hamburgu zarabiał na budowie dwa razy więcej niż na Śląsku. Potem pracował w kopalni w Bytomiu, więc do Brożca przyjeżdżał tylko raz na tydzień, ale zawsze wtedy przywoził jakiś drobiazg dla każdego dziecka. Bardzo się z tego cieszyliśmy. Ojciec dużo nam też opowiadał. Lubił zwłaszcza opowieści związane z naszym regionem. Ta lokalna historia była wtedy - szkoda, że nie dzisiaj - bardzo doceniana (…)

W jakim języku mówiło się w domu?

Tylko gwarą, choć ojciec znał też literacką polszczyznę. Za to najmłodsze rodzeństwo, urodzone już w czasach nazizmu, prawie nie znało już gwary. My, starsi, musieliśmy się w szkole z naszą gwarą śląską ukrywać. Jeśli nauczyciel kogoś złapał, wzywał ojca i ostrzegał, że starostwo odbierze zasiłek rodzinny. Gwara to w przekonaniu nauczycieli już było mówienie po polsku i wyraz sympatii propolskiej. Po wojnie było odwrotnie. Najmłodszy brat - jako jedyny w domu - nie znał w ogóle polskiego. Baliśmy się go wypuszczać na ulicę, bo przez jego niemiecką mowę mogliby nam odebrać nasz stosunkowo nowy dom i przekazać repatriantom. Wiedzieliśmy nawet, że jedna rodzina ze wschodu ma na niego wielką ochotę. Mama kazała więc nam się pilnować. A ja wiedziałem, że nasz mały, jak się tylko da, czmychnie z domu, żeby sobie pokrzyczeć po niemiecku na dworze. Kiedyś zostałem z nim sam, a mama kazała mi iść do sklepu. Żeby mieć pewność, że mały nie ucieknie, przywiązałem go mocnym sznurem do stołowej nogi. Jak wróciłem, bardzo płakał. Krzyczał, że nigdy mi nie zapomni, że go jak psa uwiązałem. Ale ja nie miałem wyboru.

Wszyscy dorośli z waszej rodziny byli dwujęzyczni?

Odpowiem przykładem. Wokół mojej prababci zbierała się często cała nasza dziecięca gromadka. A ona miała piękną ilustrowaną sztychami Biblię. Czytała nam po niemiecku historie biblijne, od razu przystosowując ją do dziecięcej wrażliwości i zastępując słownictwo teologiczne bardziej przystępnym, byśmy wszyscy rozumieli. Dużo później, gdy prababcia pozwoliła mi obejrzeć z bliska ilustracje do tego wydania, ze zdumieniem odkryłem, że Biblia była po polsku, a babcia „na żywo” tłumaczyła ją na niemiecki, żeby wszystkie dzieci zrozumiały (…).

Dzieciństwo księdza arcybiskupa przypadło na lata nazistowskie. Jakie było pierwsze zetknięcie księdza arcybiskupa z faszyzmem?

Z okresu przedwojennego nie mogę wiele pamiętać, bo w momencie wybuchu wojny miałem siedem lat. Ale pamiętam dobrze, jak po „nocy kryształowej” 1938 roku Żydzi budowali u nas drogę z Brożca do Krapkowic, tak zwaną betonówkę. Propagandowo przekonywano nas, że to dar Hitlera, ale w rzeczywistości budowali ją Żydzi. Pilnowało ich trzech starszych, siwych żołnierzy. Żydzi nie uciekali, bo nie mieli dokąd. Ktoś we wsi mi powiedział, że oni są zgłodniali i proszą o chleb. Zapytałem więc mamę, czy mogę im zanieść pajdę chleba z masłem. Zgodziła się, ale kazała mi uważać. Musisz stanąć twarzą do wachmana - mówiła - i z nim coś zagadać. Jak odwrócisz jego uwagę, to upuść za sobą chleb na ziemię.

Udawało się?

Kiedy tak stałem z tym chlebem, jeden starszy Żyd szepnął mi po niemiecku: rzuć go tu, do piasku. Wartownik nie słyszał albo nie chciał słyszeć. Gdy zobaczyłem, jak łapczywie ten człowiek jadł ten chleb ubrudzony piaskiem, zrozumiałem, jak bardzo jest głodny. Opowiadałem o tym w domu. Pamiętam, jak moja siostra, Elfryda, której propagandę hitlerowską tłoczono już w szkole, oburzyła się i powiedziała: Ależ przecież to są Żydzi! Wiedziałeś o tym? A mama odpowiedziała jej: Nie możesz tak mówić! Ty myślisz, że Żyd nie czuje głodu? Potem dała i jej dwie kromki i zanieśliśmy je razem. Odtąd ich dokarmialiśmy regularnie, a jak zaczęło brakować masła, mama mieszała je z margaryną.

Mama nie bała się o was?

Wtedy, gdy nosiliśmy ten chleb, bała się bardzo. Ale myślała też o starszych braciach, gdzieś tam na wojnie. Tłumaczyła, że jeśli oni też są głodni, to może i im ktoś udzieli pomocy, jeśli my nie odmówimy chleba głodnym. Mama była pewna, że Pan Bóg to nasze dobro zamieni gdzieś w inne dobro. Ona nie umiała cytować z pamięci Ewangelii, ale nosiła ją głęboko w sobie.

Ksiądz arcybiskup jeszcze wtedy nie rozumiał, dlaczego Żydzi są tak traktowani?

Nie. Byłem zdziwiony, że Żydzi między sobą rozmawiają pięknym niemieckim. Pytałem mamę, dlaczego oni są niewolnikami, skoro mówią tak samo jak my, tylko piękniej. Mamie niełatwo było to wyjaśnić kilkuletniemu dziecku. Tłumaczyła, jak umiała, że tak działa reżim. Gotów jest zniszczyć każdego, kto myśli i chce żyć po swojemu. Przekonywała, że musimy im pomóc. Moja mama nie była politykiem, nie wiedziała, co to jest etyka. Ta pomoc wynikała z jej głębokiej, praktycznej wiary. Jej religijność była i dla mnie wielkim umocnieniem. Przekonałem się, że swoją wiarę trzeba nie tylko wyznawać, ale nią żyć. Mama nauczyła nas, że nie liczy się narodowość, tylko człowiek. To mnie ustawiło na całe życie. Niektórzy Ślązacy mieli mi już po wojnie za złe, że przyjaźniłem się z repatriantami. Zarzucali mi nawet zdradę. A ja wschodniaków rozumiałem, bo oni żyli na kresach. Tak samo jak my (…).

W jakim stopniu klimat faszystowskiej propagandy dał się odczuć w szkole?

Od 10. roku życia musieliśmy wszyscy należeć do organizacji niemieckiej młodzieży (Deutsche Jungvolk). Zapisywano całe klasy, nie pytając nikogo o zdanie. Czternastolatków wcielano tym samym sposobem do Hitlerjugend.

Ksiądz arcybiskup należał do DJ?

Tak, choć mnie zdążyli ten DJ zohydzić od początku. Byłem tylko na dwóch zebraniach. W Grocholubiu - dwa kilometry od Brożca - był obóz jeniecki dla zestrzelonych lotników brytyjskich i amerykańskich. Byłem drobny i niski, więc lider DJ wybrał mnie, żebym odgrywał rolę takiego jeńca. Prowadzono mnie związanego do wioski. Koledzy bardzo wczuli się w rolę - szarpali mnie i kopali. To była forma spektaklu, która miała pobudzić ich do agresji wobec „wroga”. Czułem się strasznie upokorzony. Zrozumiałem, choć byłem jeszcze dzieckiem, że ten reżim to jest paskudztwo. Poprosiłem o pomoc ciocię, która miała gospodarstwo i czwórkę dzieci, a jej mąż był na wojnie. Ciocia napisała podanie, by mnie zwolniono ze spotkań DJ, abym mógł w tym czasie pomagać jej w polu. No i więcej na zebrania nie musiałem chodzić.

Jednak koleżankom i kolegom nadal wpajano do głów nienawiść. Z jakim skutkiem?

Na szczęście dzięki wychowaniu domowemu i lekcji religii nie chłonęli tej propagandy bezkrytycznie. Koledzy opowiadali mi, jak pewnego razu z Prudnika, czyli ze stolicy naszego powiatu, przyjechał lider DJ i kazał zdjąć krzyż ze ściany w szkolnej sali. Pierwszy z uczniów odmówił, tłumacząc, że rodzice uczyli go, że krzyża tknąć nie wolno. Potem odmówili wszyscy po kolei. Krzyż musiał ostatecznie zdjąć szef DJ z Brożca Alojz Koczula. Prudnicki lider miał do niego pretensje, że źle wychował swoich podopiecznych, groziły mu surowe konsekwencje. Alojz Koczula był wspaniałym człowiekiem, tylko niestety, dał się porwać faszystowskiej ideologii. Mając 17 lat, zgłosił się na ochotnika do Wehrmachtu i w pierwszym natarciu na Wschodzie zginął. W Brożcu nie mieliśmy zapalczywych faszystów. U nas szef partii był jednocześnie kierownikiem szkoły, organistą i... nauczycielem religii. Kompletnie nie nadawał się na ideologa nazizmu. Żeby mu nikt nie zarzucił, że nie propaguje faszyzmu, na koniec każdej lekcji religii przypominał nam, że musimy zbierać makulaturę, złom i kości, w ten sposób przyczyniać się do zwycięstwa Niemiec.

Czy ktoś zdobywał się u was na opór wobec faszyzmu?

Nie było u nas ani wielkiego poparcia dla faszyzmu, ani wyraźnego oporu wobec niego. Pamiętam, że dwudziestego kwietnia 1944 roku, czyli w dniu urodzin Hitlera, nie wywieszono we wsi flag, choć był taki obowiązek. Dyrektor skrócił lekcje o pół godziny i wysłał uczniów, by przypomnieli o tym mieszkańcom. Prawie nikt ich nie posłuchał, a proboszcz nawet przepędził chłopaków z plebanii i wyzwał ich od idiotów. Upolitycznić wioskę było bardzo trudno. Tym trudniej, że zostały w niej głównie kobiety i dzieci. Sołtys i inni funkcyjni musieli należeć do NSDAP. Mojego ojca też kuszono lepszą pensją, większym dodatkiem rodzinnym i wizją kariery, ale nie dał się namówić.

Jak dzieci z Brożca przeżywały wyjazdy ojców, starszych braci i kolegów na front?

W szkole nam mówiono, że to „bohaterstwo”. Jednak życie szybko to zweryfikowało. Jako pierwszy w naszej wsi poległ Wilhelm Kowalski, który prowadził wiejską kasę oszczędnościową. Walczył w lotnictwie. Zostawił czwórkę dzieci. To był we wsi wstrząs. Pamiętam też, jak gorzko płakał nasz starszy kolega, Alojz Tomala, który musiał iść na wojnę, mając niecałe 18 lat. A Alojz widać przeczuwał, co go czeka. Zginął podczas pierwszego starcia.

Wojna przyszła do Brożca późno, pod koniec 1944 roku. Jak ksiądz arcybiskup zapamiętał ten czas?

Pierwsze wyraźne wspomnienie to naloty na Zdzieszowice, Kędzierzyn, Bierawę, gdzie produkowano syntetyczną benzynę z węgla. Tam zginęło w 1944 roku ponad 140 osób. Już to było złowieszcze, ale jeszcze odległe. Kiedy wojsko ustawiło za naszą plebanią działa i zaczęło ostrzeliwać Zdzieszowice położone za Odrą, poczuliśmy wielki strach. Wiadomo, że po drugiej stronie rzeki są Rosjanie. W większych domach organizowało się polowe szpitale. W jednym z nich zetknąłem się z dwoma żołnierzami Wehrmachtu - Austriakiem i Czechem. Poprosili mnie o mapę, żeby sprawdzić, jak daleko mają do domu. Przyznali, że planują uciec z wojska. Bardzo mnie to dziwiło, a oni kiwali tylko nade mną głową z politowaniem i mówili, że nie zdaję sobie sprawy z tego, czym jest wojna. Prawdopodobnie udało im się uciec, bo w poniedziałek nad ranem 19 marca 1945 roku, kiedy wkroczyli do nas Rosjanie, „moich” Austriaków już nie było. Tuż przed ich wejściem zdążył uciec także do Racławic, a potem przez Czechy do Bawarii, nasz proboszcz Matheja.

Jak go ksiądz arcybiskup wspomina?

Był wybitnym uczonym, astronomem i zdeklarowanym antyfaszystą. Pomógł naszej rodzinie, gdy naziści chcieli zmienić nam nazwisko, bo brzmiało im nazbyt słowiańsko. Przekonał ich, że nazwisko Nossol ma korzenie rzymskie. Wspaniale uczył nas katechezy. Nie tylko dlatego, że był świetnym pedagogiem. On żył tak, jak uczył. Kiedy nadciągał front, nie chciał wyjeżdżać. Przekonywał żołnierzy, że nie może jako proboszcz zostawić parafian, z którymi spędził wiele trudnych lat. Złamali go w końcu. Tłumaczyli, że po wejściu Sowietów on będzie zagrożony najbardziej i nie przeżyje, a przy jego charakterze najtrudniej będzie mu znieść upokorzenia czekające ludność śląską. Żołnierze powiedzieli mu też, że rosyjskim żołnierzom pozwolono po naszej stronie Odry na wszelkie swawole. Mówiono im, że mieszka tu tylko ludność niemiecka, więc mogą zrezygnować z wszelkich hamulców moralnych. Ta narastająca histeria trochę mnie dziwiła, bo ja znałem Rosjan już z innej strony.

Z jakiej?

Mój ojciec kierował w bytomskiej fabryce ekipą rosyjskich jeńców. To było tuż po tym, jak niemieckich górników skierowano na front. Ponieważ Rosjanie dostawali bardzo marne jedzenie, mama przygotowywała im chleb moczony w gorącej margarynie mieszanej z masłem. Ojciec przyjeżdżał do domu raz na tydzień. Wracając, zabierał pełny plecak tego chleba. Rosjanie w zamian robili dla nas zabawki z drewna: autka, samoloty, pociągi, a nawet armaty. Pamiętam, jak siostra dziwiła się, że Rosjanie potrafią zrobić takie ładne rzeczy. Te zabawki bardzo nas cieszyły, więc pomagaliśmy mamie, żeby tato mógł zabrać tego chleba jak najwięcej. A na święta przygotowywaliśmy dla tych Rosjan z kopalni jakieś drobiazgi. Jeden z nich znał język niemiecki, więc podarowałem mu swoją książkę. Ojciec mówił nam, że ci Rosjanie bardzo dobrze pracują i może na nich polegać. To mi się kłóciło z tym powszechnym wśród dorosłych strachem przed wejściem Rosjan.

Czy dzieci były jakoś przygotowywane na okropieństwa, które już za chwilę miały nadejść?

Niewiele rozumieliśmy. Mówiło się na przykład we wsi, że Rosjanie gwałcą kobiety. A ja nie wiedziałem, co to jest ten gwałt. Mamy nie odważyłem się o to zapytać. Grzebałem w słowniku, który był w domu, ale i tam nie znalazłem wyjaśnienia. Tymczasem w marcu 1945, przekradając się nocą z koleżankami przez las, wróciła do domu moja siostra, która jako przedszkolanka została zmobilizowana do służby pomocniczej w obronie przeciwlotniczej gdzieś pod Zgorzelcem. Mama kazała mi ostrzegać siostrę, gdyby jakiś Rosjanin pojawił się na podwórku. Siostra potem wiele razy po moich „alarmach” uciekała przez okno, do ogrodu i do stodoły u babci. Czasem nawet kilka razy dziennie. Dopiero jak sobie Rosjanie poszli, szedłem pod stodołę i gwizdałem na nią. To był znak, że mogła wrócić. Nie wiedziałem wtedy, dlaczego musi uciekać przed każdym rosyjskim żołnierzem, dlaczego mamie tak bardzo na tym zależy. Zrozumiałem to dużo później.

Jak wyglądało wejście Sowietów do Brożca?

Od razu pierwszego dnia - 19 marca 1945 - przeżyłem jeden z najboleśniejszych dni w moim życiu. Do dziś nie mogę o tym mówić bez wzruszenia. My, dzieci, nie do końca zdawaliśmy sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie nam groziło. Jeden z kolegów poskarżył Rosjanom, że jego trzej inni koledzy należeli do Hitlerjugend. To miała być taka mała zemsta, bo kiedyś ci chłopcy zabrali mu piłkę. Pewnie myślał, że Rosjanie im po prostu złoją skórę. A oni kazali tym dzieciom wykopać sobie groby. Chłopcy mieli po 12, 13 lat. Pamiętam jak dziś, to byli bracia Erich i Jorg Suchy oraz Bruno Baldura. Kiedy już wykopali te doły, musieli nad nimi stanąć... Potem padły strzały... To nami strasznie wstrząsnęło, wszystko nabrało wtedy innego wymiaru...

Co się działo dalej?

Rosjanie nie pozwolili przenieść ich ciał na cmentarz. Kiedy pierwsza grupa Rosjan odeszła, zrozpaczone matki tych chłopców przyszły do mnie i prosiły, żebym jako ich kolega i zarazem ministrant, pomógł przenieść ciała na cmentarz. Pod osłoną ciemności wydobyliśmy zwłoki z prowizorycznego grobu przy studni. To było potworne przeżycie... Z najmłodszym z nich byłem blisko zaprzyjaźniony... Nie miał kto odprawić pogrzebu, bo we wsi nie było już niemieckiego księdza, a polski jeszcze nie dojechał. Więc te matki poprosiły mnie, żebym ja odprawił prowizoryczny pogrzeb.

Ile ksiądz arcybiskup miał wtedy lat?

Dwanaście. Zewnętrznie mogło to wyglądać tak, jakbym się bawił w księdza. Ale to nie była zabawa. Wczułem się w to, co robię, do końca. Łaciński rytuał pogrzebu znałem na pamięć i powtórzyłem go niemal dosłownie. Ludzie odpowiadali jak księdzu. Tylko w kilku miejscach wzruszenie odebrało mi mowę. Baliśmy się śpiewać, żeby nikt nas nie usłyszał. Odmówiliśmy „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”, a na koniec prosiłem Pana Boga, żeby w naszej wiosce już nikt więcej nie zginął... Po latach, kiedy zacząłem się zastanawiać nad swoim powołaniem, przypominałem sobie tamten pogrzeb. I dochodziłem do wniosku, że w niektórych przypadkach nikt nie potrafi tak pomóc innym jak ksiądz.

Jak po tym wydarzeniu wyglądały księdza wieczorne rozmowy z Bogiem?

Na bunt wobec Boga nie było mnie wtedy jeszcze stać, byłem za młody. Ale codziennie wieczorem modliłem się o koniec wojny, żeby wszyscy wrócili do domu i skończyło się to mordowanie. Wstydziłem się do tego przyznać mamie, ale co wieczór błagałem Boga, aby ta rzeź i płacz matek wreszcie się skończyły.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Krzysztof Zyzik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.