Gabriela Pewińska

70 lat temu zainaugurowali Teatr Wybrzeże

Zofia Perczyńska i Maciej Maciejewski w spektaklu „Homer i Orchidea”, Teatr Wybrzeże, 20 listopada 1946 roku Fot. archiwum MNG Zofia Perczyńska i Maciej Maciejewski w spektaklu „Homer i Orchidea”, Teatr Wybrzeże, 20 listopada 1946 roku
Gabriela Pewińska

On jest najstarszym aktorem w Polsce, ma 102 lata, ona zagrała w „Ostatniej rodzinie”. 70 lat temu zainaugurowali Teatr Wybrzeże.

Pochyłość podłogi i lśniące rzędy foteli wiodły ku rampie sceny prawie tak szerokiej jak widownia. Przed kurtyną wybiegało na spotkanie widza proscenium, jeszcze poszerzające scenę i spływające na widownię stopniami, aby już nic nie dzieliło widza od aktora. Rozwierała się kurtyna i widziało się nie chwiejącą się kulisę, ale wspaniałą przestrzeń horyzontu, przedziwnie podświetloną, tak że scena zdawała się jedynie ramą, przez którą całe rozległe niebo i bliskie, szumiące morze wchodziły do sali teatralnej. Ludzie zbiegali się z całego Wybrzeża, aby zobaczyć to przedstawienie. Recenzent „Dziennika Bałtyckiego” nazwie je „objawieniem” - pisała świadek tamtych czasów, późniejszy kierownik literacki Teatru Wybrzeże Malwina Szczepkowska.

Mowa o spektaklu „Homer i Orchidea”. Premierą sztuki Tadeusza Gajcego Teatr Wybrzeże oficjalnie inauguruje działalność. Jest 20 listopada 1946 roku. Dzisiejszy gmach na Targu Węglowym leży w gruzach. Aktorzy grają na scenie w Gdyni, w budynku przy placu Grunwaldzkim, zwanym Stodołą.

Reżyseruje Iwo Gall. Niesie się za nim sława nowoczesnego scenografa, reżysera wizjonera, który przez lata pielęgnował własne widzenie teatru i takie zamierzał realizować jako dyrektor tworzącego się powojennego teatru na Wybrzeżu. Przybywa do Gdyni z własną trupą. To utalentowana, „natchniona” młodzież, którą kształcił aktorsko jeszcze podczas okupacji. Młodzi artyści mają stworzyć zespół idealny, teatr wyśniony, siedlisko wielkiej sztuki.

Po wojnie adeptów sztuki aktorskiej przygotowuje do zawodu w Krakowie. Po latach aktorka Teatru Wybrzeże Lucyna Legut z właściwym sobie poczuciem humoru tak opowie mi o panującej tam atmosferze: W studium aktorskim Galla znalazła się także moja siostra Ludmiła. Pojechałam do niej. Akurat był to dzień, gdy czeredka studiujących u Galla pobierała lekcje pływania w YMCA. Weszłam do pływalni. W basenie moczyły się rusałki Galla, a nad basenem, na marmurowych płytkach, stał fotel. W nim, w królewskiej pozie, spoczywał rozparty, jak monarcha, król Iwo Gall. Czarna peleryna, niczym królewskie odzienie, zarzucone w tył, na poręcz fotela, na szyi biały, jedwabny szalik, przerzucony jednym końcem na plecy, mina dobrotliwego monarchy. Co chwilę któraś z rusałek podpływała do swego władcy, na moment opierała się o brzeg basenu, aby przesłać uśmiech monarsze, strzepnąć z liczka krople wody i znów zanurzyć się w fale. Basen w YMCA wykąpał wielu wybitnych artystów, jak Henio Tomaszewski, Bronek Pawlik, Basia Krafftówna, Zosia Perczyńska, Iza Wilczyńska, no i moja siostra. Gall większość swoich aktorów zabrał do teatru na Wybrzeże, gdzie też był władcą absolutnym.

Gallowcy przyjeżdżają do Gdyni tworzyć teatr w sierpniu 1946 roku. „Są pełni optymizmu i entuzjazmu” - notuje Malwina Szczepkowska. „Mają poza sobą czarną noc hitleryzmu, kiedy ich praca była jeszcze formą protestu przeciw czasom nieludzkim, mają za sobą pierwszy rok wolności, kiedy to wszyscy wszystko czynili z zapałem i radością, a ludzie w podartych butach i unrrowskich szmatach uśmiechali się do siebie z samej radości tego, że żyją”.

Prapremiera „Homera i Orchidei” to ucieleśnienie ich pasji, zwieńczenie przygotowań. W rolach tytułowych: Maciej Maciejewski i Zofia Perczyńska.

***

O Macieju Maciejewskim recenzenci piszą: „Bardzo trudno jest grać genialnych ludzi, jeszcze trudniej przekonać widza, że i geniusze nie od razu byli geniuszami, a zawsze ludźmi bardzo do nas podobnymi. Maciej Maciejewski rolą Homera zapisał się w pamięci widzów jako dobry aktor, żarliwy i czarujący”.

Maciej Maciejewski jest dziś najstarszym aktorem w Polsce. 1 października ukończył 102 lata.

W 1946 roku ledwie skończył trzydziestkę. Jeszcze krwawią zadane mu w kampanii wrześniowej rany, jeszcze nie dają spać przeżycia wojenne, ale bardzo chce grać. Pierwsze szlify aktorskie dostaje przed wojną. W 1936 roku debiutuje w warszawskim Teatrze Operowym rolą Janusza w „Halce”. W czasie okupacji, gdy po wojennej tułaczce osiada w Warszawie, pracuje dorywczo jako nocny dozorca w piekarni, potem w Banku Cukrowniczym, resztę czasu spędza w mieszkaniu Gallów. Bierze udział w tajnych przedstawieniach. Po wojnie trafia do Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka (na miejsce Karola Wojtyły!), gra też w krakowskim Teatrze Groteska. Równocześnie jest słuchaczem Studia Galla. Tu uczy się teatru. Do dziś podkreśla, że to Gallowi zawdzięcza wszystko.

W udzielonym przed laty wywiadzie tak wspomina gdyńskie lata:

„Byłem chyba najstarszy w młodym naszym zespole. To były pionierskie czasy! Mieszkaliśmy w, pożal się Boże, Riwierze, bez okien, śnieg walił do środka. Graliśmy wówczas w nieukończonym budynku, postawionym przez Niemców dla teatru żołnierskiego. Na premierze „Homera i Orchidei” była temperatura zamarzającej wody, ja w kusej tunice greckiej, publiczność w kocach. Mój Homer, porte-parole artystów z pokolenia wojennego, był bardzo poetycki…”.

Do zimnej sceny rodzącego się Teatru Wybrzeże wraca podczas naszej rozmowy sprzed kilku dni:

- Cóż, teatr nieogrzewany, ale my przecież byliśmy tacy młodzi! - wyznaje. - Niczym się nie przejmowaliśmy! Roznosił nas entuzjazm, rozpierała energia, poczucie misji, wzruszenie i patos. To samo owa Riviera bez okien… To przedziwne miejsce było naszym domem! Domem położonym na brzegu morza, prawie na plaży... Niezwykłe czasy. Byłem na Wybrzeżu ledwie dwa lata. W 1948 przyjechał do nas Leon Schiller, klasa, można by rzec, światowa, i on to zaprosił mnie do swojego teatru w Łodzi. Dałem się namówić, ale dziś chyba trochę żałuję, że wyjechałem wtedy z Gdyni. Niemniej to Gall i jego teatr na Wybrzeżu pozostaną na zawsze w moim sercu.

Z Łodzi wyjechał do Warszawy. Blisko pół wieku grał na scenie Teatru Polskiego. Także u boku gwiazd: Władysława Hańczy, Ryszardy Hanin czy Niny Andrycz.

***

Aktorka teatralna, ale i filmowa (debiut w słynnych „Złotych łanach”, u boku Kazimierza Dejmka) Zofia Perczyńska w tym roku obchodzi jubileusz 70-lecia pracy aktorskiej. W teatrze debiutowała rolą Orchidei w gdyńskim spektaklu Galla. Miała 18 lat.

„Drobna, wiotka, jasnowłosa, zagubiona w kolosalnej świątyni” - tak widziała ją w tym przedstawieniu Malwina Szczepkowska. - „W odsłonie drugiej wpada na scenę, a że ma na nogach filcowe sandały, poślizguje się niespodzianie, na sekundę traci równowagę, jeden ruch, aby ją odzyskać, i ten jeden ruch nieprzewidziany… Ręka Orchidei muska potężną kolumnę, powodując nagle falowanie materiału napiętego na cyrkle, i oto przez chwilę zamiast marmuru widzimy płótno dekoracji, ale nikt się nie śmieje, wszystkie serca zamierają w trwodze o tę smukłą młodą dziewczynę, czy się nie speszy, nie straci i oddychamy z ulgą, kiedy fatalny moment mija bez śladu”…

- No niestety, grałam bardzo impulsywnie, zupełnie zapomniałam, że ta kolumna to atrapa - śmieje się Zofia Perczyńska, gdy pytam ją o tamtą scenę. - Lata na Wybrzeżu... Miałam wielkie szczęście, że grałam nie w tłumie, że przypadła mi główna rola. Ta kreacja to oczywiście efekt pracy z Iwo Gallem. Do założonego przezeń tajnego studia trafiłam już jako 15-latka, w czasie okupacji. Tam poznałam Maćka Maciejewskiego i Barbarę Krafftównę. Po wyzwoleniu kontynuowałam naukę u Galla w jego krakowskim Studiu. Prowadził Studio w stylu wileńskiej Reduty, wszak sam był redutowcem. Wychowywał nas w duchu sztuki absolutnie bezinteresownej, wolnej od zawiści, wszelkich uczuć niskich. To zupełnie inne czasy, wspominam je jako coś, co dziś byłoby - nie tylko w teatrze - niepojęte, niezrozumiałe. Pamiętam, jak w sztuce „Żeglarz” aktorzy niegrający w danej scenie przychodzili za kulisy robić klakę… (śmiech) Dziś takie rzeczy się nagrywa...

„Homera i Orchideę” zagrano 30 razy. Sztuka szła wieczór w wieczór przez całą zimę.

- A zima tamtego roku była straszna - pamięta Zofia Perczyńska. - Morze zamarzło. Po lodowej tafli można było iść na Hel, ale kto z nas miałby na to czas! Obchodził nas tylko teatr. W Riwierze, gdzie mieszkaliśmy, hulał wiatr. W pokojach ulokowano nas po troje. Nam jednak nic nie przeszkadzało. Byliśmy jak jedna wielka rodzina. Nawet małżeństwa zawieraliśmy w zespole. Niestety, bodaj wszystkie, po latach się rozpadły. Byliśmy nazywani „klasztorem Iwo Galla”. Mistrz kazał nam podpisać słynne 10 przykazań. Obiecywaliśmy na przykład, że nie będziemy zawierać znajomości w mieście. (śmiech) Specjalnie nie protestowaliśmy. Głowy mieliśmy zajęte czym innym. Poza tym Galla czas nie ograniczał. Próby odbywały się nieraz do późnej nocy. Cóż, młodość! Były w nas jedynie entuzjazm i zapał. Niespożyte siły i radość, że możemy tworzyć coś wielkiego. Nie żyliśmy chlebem, choć jeść, oczywiście, trzeba było. W Riwierze był wspólny kocioł, Gall rozdzielał porcje obiadowe osobiście, kogo lubił, temu dawał więcej... Bieda piszczała, ale nam było wesoło.

Szczęście nie opuszczało Zofii Perczyńskiej i po wyjeździe z Gdyni. Grała w teatrach w Łodzi i Warszawie, partnerowała tuzom sztuki teatralnej: Mieczysławie Ćwiklińskiej, Kazimierzowi Opalińskiemu. Niedawno mogliśmy oglądać ją w nagrodzonym w tym roku Złotymi Lwami filmie „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego. Rolą matki Zdzisława Beksińskiego, jak uważa, zamknęła swoją aktorską karierę.

Do festiwalowej Gdyni przyjechała kilka lat temu, gdy w konkursie startował film Jacka Bławuta „Jeszcze nie wieczór”, w którym wystąpili mieszkańcy Domu Artysty Weterana w Skolimowie. Także ona.

- Podeszło do mnie starsze małżeństwo - wspomina.- Okazało się, że widzieli mnie przed laty w roli Orchidei! Przyszli mi powiedzieć, że pamiętają… Takie wyznania są dla aktora czymś niezwykłym.

***

Wypada wymienić całą obsadę tamtej prapremiery z 1946 roku, zwłaszcza że wielu z tych młodych ludzi to potem sławy polskiej sceny: Roman Stankiewicz, Bronisław Pawlik, Konrad Łaszewski, Maria Bogurska, Ludwik Benoit, Witold Kałuski, Włodzimierz Kwaskowski, Barbara Krafftówna, Ewa Krasiejko, Renata Kossobudzka, Celina Bartyzel, Jadwiga Karczewska.

Recenzent „Dziennika Bałtyckiego” Edmund Misiołek tak 70 lat temu podsumował ich występ:

„Pochwała należy się przede wszystkim zespołowi, jako całości po mistrzowsku prowadzonej przez reżysera. Cały ten zespół przepięknie, nie tylko z ekspresją, wypowiada poetyckie słowo - jest to rzadkością w Polsce. (...) słowo poetyckie dramatu Gaycego wrażało się do głębi wszystkich czujących serc”.

g.pewinska@prasa.gda.pl

Gabriela Pewińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.